

Ranek powitał nowy, jasny dzień, a powietrze robiło się coraz to cieplejsze z każdą sekundą. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ohydna woń zabójstw popełnionych ówczesnej nocy. Mieszkańcy z lekkim uśmiechem na twarzach rześko witali druzgocący poranek w Yugareh. Nikt nie zapomniał o wydarzeniach, które miały miejsce krótko po zapadnięciu wieczoru. Nikt także nie wiedział co się stało z rodziną zdrajców, która to wydała rodzinę Teressittów. W całym miasteczku głośno było o całej sytuacji i nikt nie ukrywał zainteresowania tą sprawą. Słońce paliło po oczach, schlani chłopi leżeli pod karczmą, czyli normalny dzień w górskiej osadzie. Tyle osób znało rodzinę, na którą został nałożony wyrok złoczyńcy, lecz nikt nie odważył się sprawdzić co się stało z Yoshiko, jej mężem i synkiem.
- Mamo, kup mi ten kubek! – krzyczał jeden chłopiec z całej grupy stojącej przy kobiecie przyglądającej się biżuterii.
- Nie! Tyle razy już Ci Ain mówiłam, że z ojcem nie mamy pieniędzy na nowe zabawki dla ciebie i twojego rodzeństwa! – widocznie zdenerwowana krzyczała w stronę pyzatego chłopca.
- Niech pani to weźmie – rzekł pobliski mężczyzna, wręczając kobiecie kubek wskazywany wcześniej przez malca – To prezent ode mnie. Handlarz ofiarował naczynie chłopcu i swym mądrym wzorkiem spojrzał w stronę Ogromnego Lasu, na którego skraju było widać tylko zamazany punkcik, który był domem poszukiwanej przez nieznajomego przybysza rodziny.
Mężczyzna jeszcze przez kilkanaście sekund spoglądał w tamtą stronę po czym uśmiechnął się do dziękującej mu kobiecie i wszedł do swej chałupy stojącej za straganem z ozdobną biżuterią.
- Helena przypilnuj przez chwilę handlu. – rzekł, po czym ruszył ku kuchni. Wiszące, mokre talerze, sztućce kapiące jeszcze wodą to tylko niektóre przedmioty, które żona handlarza suszyła na półce za oknem. Światło odbijające się od dopiero co umytych naczyń raziło po oczach niemiłosiernie i kazało ślepią odwrócić wzrok. Handlarz spojrzał na gniewny i przeważnie źle zwiastujący wzrok jego żony. Miała go zazwyczaj, gdy prosił o to, aby przypilnowała handlu poza domostwem tak, jak to miało miejsce przed chwilą. Nie lubiła tego i wiedział o tym, ale aktualnie miał poważniejsze powody, aby ją o to prosić. Przecież Teressittowie to ich przyjaciele i nie mógł zostawić tej całej sprawy w takim stanie jakim jest, czyli nie za ciekawym.
- Idę sprawdzić co się stało u Yoshiko – powiedział swym donośnym, ale ciepłym i opiekuńczym głosem.
- Ehh... Idź, ale uważaj na siebie – nie chciała, aby szedł, lecz z kojącym nawet najbardziej zbolane serce wzrokiem rzekła, po czym dodała – Weź broń.
- Tak, tak... - widocznie zamyślony powtarzał wyraz, po czym się ocknął, wziął broń i ruszył w stronę heblowanych drzwi. Dotknął złotej i własnoręcznie robionej klamki, przekręcił i wyszedł na słoneczny dziedziniec handlowy, gdzie roiło się od dzieciaków w młodym wieku. Hałasowały, broiły, czyli to co zawsze i nie dziwiło go to tak, jak na początku jego pobytu w Yugareh. Westchnął i obróciwszy się na pięcie ruszył na północ ku Ogromnemu Lasowi. Wiedział, że to co zobaczy może go zbytnio nie ucieszyć, ale przecież nie mógł żyć w świadomości, że jego przyjaciołom coś się stało, a on nawet nie drgnął palcem.
- Nazywam się bowiem Elmir i wygrałem w pubie turniej mocnej pięści, a to musi o czymś świadczyć – pomyślał z ironicznym uśmiechem na swej pomarszczonej, mądrej twarzy. Droga, którą się poruszał miała wiele wybojów oraz co najważniejsze- świeże ślady ciężkich butów. Rzadko kto tędy się prowadzał i ta wiadomość upewniła go w świadomości, że nic dobrego to nie zwiastuje. O mało nie potknął się o najbliższy korzeń olbrzymiego drzewa, który wystawał z lewego rowu pozostawionego po najeździe tengów nad którymi dowództwo sprawował największy osobnik widziany przez parę oczu handlarza. Już było widać słabe rysy domostwa Tirissittów i ich zagajnik, przy którym pomagał Elmir. Jakże teraz żałował, że nie zabrał swej kobyły ze stadniny Mortha. Razem ze stajennym oraz mężem Yoshiko, który nawet im, jego prawdziwym przyjaciołom nie zdradził prawdziwego imienia, gdyż wolał być nazywany Wilkiem, tworzyli zgraną paczkę. Byli jak bracia, lecz trzymali do siebie dystans- łączyło ich to, że byli nieufni do większości ludzi. Każdy z nich zranił się kiedyś na osobie, która był dla nich wzorem i autorytetem. Osobie, która na samą myśl przyprawiała go o radosny grymas, lecz nie miał czasu teraz o tym myśleć. Szeleszczące, jesienne liście oddawały przepiękne dźwięki pod stopami przechadzającego się Elmira. Nawet nie zauważył, że jego cel wyprawy jest tuż tuż.
Handlarza dzieliło już parędziesiąt metrów od drewnianej chaty. Instynktownie rękoma sięgnął do pasa i dobył topora, który jeszcze nigdy go nie zawiódł. Nazywał go toporem śmierci, gdyż nie raz uratował mu i jego kompanom życie. Klamka wydała zgrzyt i drzwi się otwarły. To co zobaczył przeraziło go doszczętnie- jego przyjaciel leżał na ziemi cały w krwi. Kałuża była rozległa i tak głęboko czerwona, że podchodziła pod barwy ciemnego bordo. Nie myślał o tym co wyprawia. Rzucił toporem w bok i podbiegł do Wilka. Traktował go jak brata i teraz, gdy zginął czuł jakby zginął mu owy brat, którego nigdy nie miał. Starał się opanować, lecz nie mógł... Ciepłe łzy zaczęły same spływać mu po policzkach i kapać na kałużę krwi znajdującą się pod jego nogami. Objął swego druha ciepłym i masywnym ramieniem szepcząc mu do ucha:
- Odnajdę tego, który to zrobił i zatłukę kurwisyna. Nie obchodzi mnie powód i nie będą obchodzić także jego wyjaśnienia.
Gniew opanował całe jego ciało, ledwo dawał radę się uspokajać, aby przy mocniejszym uścisku nie zrobić nic przyjacielowi, którego nadal trzymał w dość mocnym objęciu.
Elmir długo dochodził do siebie. Dzień mijał, a słońce zachodziły przy czym on nadal był w tej samej pozycji co chwilę przed południem. Łzy już dawno przestały płynąć z jego lazurowych i zaczerwienionych oczu. Powstał nie puszczając kompana oraz ruszył ku najpiękniejszemu łożu jakie widział w całym Rulenn. Położył delikatnym ruchem rąk Wilka, z którym jeszcze parę dni temu walczył o to, kto dalej rzuci średniej wielkości kamieniem. Łzy znowu miały zamiar spłynąć po jego skórze, lecz tym razem im nie pozwolił, zatrzymał wszelkie emocje w sobie i nie pozwolił im wyjść na zewnątrz. Odwrócił się i pomaszerował do miejsca gdzie leżał jego topór. Podniósł go i przymocował ponownie do pasa. Zaczął się rozglądać za czymś co mogło zwrócić jego uwagę. Chciał jak najszybciej dorwać winnego zabójstwa jego jednego z najlepszych przyjaciół. Nie długo musiał szukać, aby znaleźć coś podejrzanego w tym jakże okropnym pomieszczeniu z plamą ciemnoczerwonej krwi na środku. Jako jedyny z niewielu wiedział o klapie w podłodze pod fotelem i zdziwił się widząc ją otwartą. Ze stolika nocnego stojącego tuż obok wziął świecę i wskoczył w otworzony otwór w ziemi. Przy upadku ugiął kolana i lada chwila straciłby jedyne źródło światła w tym tunelu. Dłuższą chwilę rozglądał się za czymś co mogłoby mu się przydać i znalazł kończący się już żagiew. Przyłożył świecę do osmolonego końca i tym samym rozświetlił sobie większą część wilgotnego i pokrytego wieloma pajęczynami tunelu. Nadal rozwścieczony po tym co widział na górze biegiem ruszył do wyjścia z ciemności ciągnących się przez kilkadziesiąt, a może nawet kilkaset metrów. Gdy docierał do wyjścia kolor oraz jasność nieba wskazywały na głęboką i mglistą noc. Nie bardzo mu to było na rękę, ale nic nie mógł zrobić. Wychodząc wywrócił się o pochodnię, którą musiał ktoś wcześniej zostawić. Wskazywał na to jeszcze lekko palący się len na końcu żagiewu. Obdarł sobie tylko kolano i nie było to nic poważnego, a więc od razu ruszył dalej.
Nie potrafił się odnaleźć w tym olbrzymim lesie. Nigdy jeszcze nie był tu sam. Zawsze przychodził tutaj polować na małe i głupie gnomy wraz z Wilkiem i Morthem, lecz nigdy sam. Jego mózg mówił, że musi uważać na wszystko co go otacza, lecz serce chciało tylko jednego- dokonać zemsty na nieznajomym nawiedzającego ich miasto wczorajszego wieczoru. Z pianą w pysku przeskakiwał nad krzewami i nie zwracał uwagi na małe, leśne zwierzęta przy czym zapewne zabił swym depnięciem parę zająców. Nim zdążył się zorientować na niebie zaczął znikać mroczny kolor i pojawiał się już następny nieciekawy dla niego dzień. Jego uwagę w dali zwróciły powiązane ze sobą gałęzie dwóch przeogromnych i chyba najwyższych drzew w tej zielonej krainie. Nie chciał widzieć już krwi, ale musiał być przygotowanym na wszystko co go czeka. Odrzucał myśli o tym, aby zwiewać z tego miejsca i żyć nadal normalnie, gdy na wolności grasuje zabójca jednego z jego przyjaciół. Już tylko mila dzieliła go od ogromnych drzew, lecz nogi odmawiały posłuszeństwa. Nie dawał rady już normalnie nimi poruszać, ale za wszelką cenę chciał tam być przed zmrokiem. Biegł, lecz nie dawał sobie rady i padł twarzą na pulchną glebę, która była zdeptana przez ślady wielu istot...
Zmęczenie wzięło górę i nic na to nie mógł poradzić. Zostało mu tylko czekać, aż odzyska pełną władzę w nogach, a wtedy dokona się żądza zemsty.

Wersja .pdf:
http://www.multiupload.com/3EPWRXA121
Skan:
http://www.virustotal.com/file-scan/report.html?id=f642592382f83e55de1a9f5ab590fdebd72560f4ec09d8cb8a96c558df2bd7e0-1320979897

9 komentarzy
Rekomendowane komentarze
Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto
Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.
Zarejestruj nowe konto
Załóż nowe konto. To bardzo proste!
Zarejestruj sięZaloguj się
Zaloguj się poniżej.
Zaloguj się