W fantastycznej dolinie zwanej Yugareh było osadzone małe miasteczko. Kupcy za często się nim nie interesowali, a wszystko przez to, że było ono nawiedzane przez różne dziwne monstra.
Mieszkańcy osady już przed półmrokiem byli zawsze w swoich domach czekając w strachu na nadchodzącą noc. Ta noc nie różniła się zbyt wiele od innych.
Ledwo po szóstej w opustoszałej na pozór dolinie nie było słychać najmniejszych pomrukiwań. Niby dzień jak każdy inny, ale wydarzyło się coś bardzo dziwnego. Wraz z utopcami oraz topielcami, którzy przeważnie nawiedzali miasteczko nadszedł ktoś jeszcze.
Nie można było ocenić kim był, ani skąd przybywa. Wiadomo o nim tyle tylko, że chodził w lekkim i powiewającym na wietrze płaszczu.
Wszyscy jakby zamarli na moment widząc za oknami nieznajomego osobnika. Rozglądał się dookoła nie zważając na twarze patrzące na niego zza okiennic chałup. Jego wzrok utknął na szyldzie okolicznej karczmy, po czym spojrzał w ziemię i rzekł:
- Przybywam tutaj przekazać Wam jedną wiadomość. Słuchajcie uważnie, gdyż nie mam zamiaru powtarzać drugi raz. Mianowicie tej niezwykłej nocy, w tej osadzie zrodzi się chłopiec, który nie będzie taki jak pozostali jego rówieśnicy. Reszty wiedzieć Wam nie trzeba – zachrząknął i przemawiał dalej – Moim zadaniem jest sprowadzenie go do królestwa Rulenn z rozkazu króla Gwarrdena, władcy tychże ziem. Wszyscy słuchający mnie teraz, tutaj mają niespełna godzinę na dostarczenie informacji na temat aktualnego pobytu chłopca. Jeżeli zaś tak się nie stanie- wspomogę okoliczne potwory swą mocą i znajdę szczyla, czy tego chcecie, czy też nie.
Całe miasto ucichło. Było słychać tylko świst wiatru ocierającego się po liściach i zachlanego chłopa pod karczmą, gdzie wcześniej spoglądał przybysz. Nieznajomy usiadł na pieńku przy domu miastowego drwala i czekał. Czekał tak niespełna kilka minut, gdy z jednego domu wyskoczyła cała rodzina.
- Proszę nie zabijaj nas. Pokażemy Ci gdzie ukrywa się matka i jej kłopotliwy, nienarodzony szczeniak, tylko daruj nam życie – krzyczeli niemiłosiernie.
Postać w białym płaszczu powstała i skinęła głową na męża rodziny, aby prowadził. Był to kawał drogi, gdyż dom ów pobytu chłopca znajdował się na skrajach osady. Przybysz widząc odległą chałupę wyciągnął miecz z pochwy i przez chwilę patrzał na zmarzniętą oraz wystraszoną rodzinę. Nie wiedział co to litość, czy skrucha. Sieknął w powietrzu mieczem jakby ten był lekki niczym piórko i przebił pierś kobiety. Jej dwójka dzieci pisnęła z przerażenia, lecz nie długo było słychać ich krzyki. Nieznajomy z zimną krwią zabił rodzeństwo. Ich ojciec cały w łzach zaczął prosić białą postać o darowanie mu życia, lecz na nic zdały się jego modły. Po raz ostatni było słychać klingę miecza przebijającą ciało ostatniego ze zdradzieckiej rodziny.
Po całym akcie mordu dokonanym na brzegu miasteczka udał się w stronę drewnianej chałupy. Było przeraźliwie cicho oraz niesamowicie zimno, lecz nie odczuwał temperatury panującej wokół. Bez żadnych większych problemów otworzył ręcznie robioną klamkę i wszedł do przytulnego domu. Rozejrzał się dookoła szukając choćby najmniejszego ruchu, najcichszego dźwięku wydanego przez kogoś lub coś. Niczego nie znalazł.
- Nie chcę Cię zabić. Potrzebny mi jest tylko bachor! – krzyknął. Rozbiegło się echo po wypowiedzianych słowach i nagle coś dostrzegł. Fotel, a dokładniej to, co się pod nim znajdowało. Była tam mała nierówność pochodząca spod dywanu. W dynamicznym ruchu podskoczył do fotel i miotnął nim z taką siłą, że siedzenie przeleciało cały pokój. Odsunął dywan i zobaczył to na co liczył. Mocna, stalowa klapa była bardzo dobrze usadzona w podłodze chałupy. Ktoś ją zamknął, najprawdopodobniej w popłochu.
Nieznajomy już miał uderzyć w klapę tym samym ją rozwalając, lecz nagle usłyszał odgłos przecinającego powietrza. Szybko niczym elf odwrócił się i zablokował cios. Naprzeciw stał mężczyzna o dosyć kruchej budowie. W ręku trzymał drewniany kloc drewna, którym zapewne chciał trafić niespodziewanego gościa. Przybysz patrząc w podłogę, trzymając nadal gardę był w wielkim zdumieniu.
- Byle człowiek zaszedł mnie od tyłu, nie wywołując przy tym najmniejszego hałasu. Chyba robię się coraz słabszy... – powiedział donośnym, chrypiastym głosem dosyć głośno, aby było go słychać w lesie nieopodal domu, w którym przebywał. Zaśmiał się i bez najmniejszego wahania uderzył śmiałka pod brzuchem na tyle mocno, że ten odleciał na dziesięć łokci do tyłu. Zwijający się z bólu mężczyzna z trudem powstał i ku zdziwieniu nieznajomego ruszył w jego stronę.
- To nie było rozsądne – rzekł tym razem ciszej, lecz nadal bardzo głośno, po czym chwycił drewnianego kloca upuszczonego przez śmiałka i rzucił nim prosto w jego stronę. Mężczyzna pędził z taką furią i szybkością, że nawet gdyby chciał uniknąć zderzenia z przedmiotem to nie udałoby mu się to. Dostał tuż pod brzuchem, w te samo miejsce co poprzednio. Tym razem położył się na ziemi i leżał w kałuży krwi wypadającej z jego ust.
Był niezdolny do dalszej walki, a czym bardziej do dalszego przeszkadzania w otwarciu klapy u stóp przybysza. Wiedział, że nie da mu rady, lecz chciał zyskać choć chwilę czasu na ucieczkę dla jego ukochanej i nienarodzonego syna. Nie mógł nic zrobić, był bezsilny.
Czuł się tak okropnie, że po głowie przechodziły mu myśli z całego życia. Postać w białym płaszczu patrzała na niego spod kaptura swoimi ohydnie zielonymi oczami, a on już dalej nie potrafił się utrzymywać przy życiu. Otworzył usta i słabym głosem powiedział:
- Kocham Cię Yoshiko i naszego syna także. Niech moja dusza pomoże Wam uci, uc, uciec...
Ostatnie słowa ledwo przeszły mu przez gardło po czym jego oczy ujrzały wieczny mrok. Nieznajomy podszedł do klapy i tak samo jak łatwo wtargnął do miejsca pobytu chłopca, wyważył klapę. Ogromne ilości kurzu wzniosły się ze wnętrza stojącego za metalową przeszkodą. Zeskoczył do dziwnego miejsca i ponownie się rozejrzał. Tym razem zobaczył zupełnie co innego. Otoczenie nie było przytulne i ciepłe, jak te na górze. Było raczej czymś zupełnie odwrotnym. Wszędzie pajęczyny oraz kurz i wilgoć. Domyślił się, że to tunel i ruszył naprzód depcząc swoimi ciężkimi, skórzanymi butami.
Podniósł rękę i jej finezyjnym ruchem zapalił pochodnię na niedalekiej ścianie. Miał doskonały wzrok, jednak nie tak dobry, gdy jest jasno. Zmrużył zatem oczy i spojrzał w dal tunelu. Ujrzał wyjście i jasność dochodzącą z niego.
- Gdzie ten cały tunel prowadzi do cholery? – pomyślał. Wziął dopiero co rozpaloną pochodnię i szedł umiarkowanym tempem w stronę wyjścia. Nic poza skwierczącą smołą na końcu łuczywa słychać nie było, ale wiedział, że już niedaleko do celu.
Doszedł do końca tunelu, rzucił pochodnią w bok i wyszedł z tego ohydnego miejsca.
Otaczał go las, w którym już wschodziło słońce. Ptaki zaczęły ćwierkać, nietoperze uciekać do jaskiń, a on sam szukać bękarta, o którego chodzi jego władcy.
- Nie pomyślałbym, że takie proste zadanie zajmie mi tyle czasu. Nie zwiastuje to nic dobrego – przestał mówić i ruszył przemierzać ogromny las, w którym się znajdował. Nie było to za ciekawe i tym bardziej chciał zakończyć jego misję. Wiedział, że jako najlepszy, a zarazem najlojalniejszy sługa króla Gwarrdena powinien ją zakończyć w ekpresowym tempie.
Przemierzał tą zieloną krainę niecałe pół godziny i zauważył szybko poruszającą się postać o długich włosach. Ruszył biegiem w jej stronę. Nie była szybka i już po kilku minutach ciągłego biegu prawie ją dogonił. Przed siebie wyciągnął rękę i machnął nią, tymczasem gałęzie dwóch drzew pomiędzy którymi miała za chwilę przebiec niewiasta splotły się tworząc drogę bez ucieczki. Zwolnił i zaczął truchtem iść w jej stronę.
Jej ubiór był ubogi, gdyż miała na sobie tylko drewniane i już zepsute pantofle oraz koszulę nocną. Strój w jakim była posiadał liczne plamy krwi i nie ucieszyło to przybysza.
- Oddaj dziecko – powiedział ze wściekłym tonem.
- Nie ma go tutaj ze mną i nigdy go nie znajdziesz! – z drwiącym uśmiechem wykrzyczała do nieznajomego.
- Pożałujesz tego... – zacisnął zęby i ruszył w jej stronę. Nim zdążyła mrugnąć, a jej serce zabić poraz kolejny był już przy niej. Trzymał ją mocnym uściskiem za rękę.
Drugą kończyną wyciągał powolnym ruchem coś zza pazuchy płaszcza. Był to sztylet, ale nie byle jaki. Nasiąknięta trucizną, wyrobiona z najlepszego dostępnego metalu broń sieczna wędrowała coraz bliżej serca matki chłopca.
- Masz jakieś ostatnie słowa? – spytał wyśmiewczym tonem obracając sztylet wokół jego osi.
- Tylko jedno... Wal się! – wykrzyczała to na cały głos i spłunęła ubranej w biały płaszcz postaci prosto w szkaradną twarz.
- Zatem giń!
Wbił sztylet prosto w serce schwytanej kobiety. Nie wydała z siebie żadnego odgłosu, choćby najmniejszego pisku. Patrzyła swoimi nadzwyczajnie niebieskimi oczyma w twarz najgorszego mordercy, który odwiedził dolinę Yugareh.
Krew spływała powoli z kącików jej ust. Spadające krople lądowały na płaszczu nieznajomego. Przepełniony gniewem nieznajomy jeszcze mocniej wbił sztylet w ciało niewiasty powodując przebicie serca na wylot. Po jego rękach spływała szkarłatna krew kobiety, która dopiero co dała nowe życie człowiekowi, chłopcu, jej synowi...

Wersja .pdf:
http://www.multiupload.com/1Z93LH38SX
Skan:
http://www.virustotal.com/file-scan/report.html?id=5479b13f2e39c9a0da4cc620b8cdcf88df04639c916453493f1022eb82b09a97-1319665277

8 komentarzy
Rekomendowane komentarze
Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto
Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.
Zarejestruj nowe konto
Załóż nowe konto. To bardzo proste!
Zarejestruj sięZaloguj się
Zaloguj się poniżej.
Zaloguj się