Skocz do zawartości
  • 👋 Witaj na MPCForum!

    Przeglądasz forum jako gość, co oznacza, że wiele świetnych funkcji jest jeszcze przed Tobą! 😎

    • Pełny dostęp do działów i ukrytych treści
    • Możliwość pisania i odpowiadania w tematach
    • System prywatnych wiadomości
    • Zbieranie reputacji i rozwijanie swojego profilu
    • Członkostwo w jednej z największych społeczności graczy

    👉 Dołączenie zajmie Ci mniej niż minutę – a zyskasz znacznie więcej!

    Zarejestruj się teraz

Piszę książkę, udostępniam fragment do oceny.


Pan Suavek

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

 

Rozdział I

 

Kolejna lekcja na której będę czymś zabijał nudę, przyszedłem niedawno do szkoły i pragnę odpocząć po ciężko przespanej nocy, gdy to nauczyciele się o coś zawsze czepiają, co prawda to pierwsza lekcja, ale wspominam w duchu te wczorajsze. To jakiś koszmar, kto wymyślił szkołę?! Pewnie nagrodzono by go cudowną nagrodą na przykład Noblem. Natomiast ja chętnie bym go nagrodził prawym sierpowym i czterema kopniakami. Przecież my nic nie zrobiliśmy, by zasłużyć sobie na takie tortury. Już od dziesięciu lat dzień w dzień przychodzę tutaj i co rok właściwie dzieje się coś innego…

Stałem tak na tym szkolnym korytarzu prowadząc głębokie przemyślenia, gdy to zadzwonił ten piekielnie wkurzający dzwonek. Symbolizował on albowiem w naszej budzie mękę i cierpienie. Minęło zaledwie kilka sekund, a zbiegła się chmara moich rówieśników ustawiając się pod klasą. W głowie krążyła mi pewna myśl, a mianowicie „czy oni kiedyś wydorośleją?”. Jeden przez drugiego szarpią się, krzyczą i bawią jak dzieci.

- O, przyszła pani! – Zauważył mój niewątpliwie najgłupszy kolega jakiego znam.

Zrobiło się wyjątkowo cicho, jeszcze nie wiedziałem co mnie i całą klasę czeka, wszyscy równo ustawieni z niecierpliwością i przerażeniem staliśmy na korytarzu, z dala było słychać jedynie melodię wylatującą z klasy muzycznej i ciche pomrukiwania. Wszystkich nas w tych kilku sekundach grozy zastanawiało kiedy ona przekręci ten cholerny kluczyk i wpuści nas do klasy, ale jeszcze kilka sekund trzymając nas w napięciu pani z poważną miną czekała aż całkowicie zamilkniemy. Wreszcie rozległ się zgrzyt zamku i otworzyły drzwi, wszyscy z wyjątkową ciszą weszli do klasy i zaczęli się rozpakowywać.

- Proszę siadać. – Powiedziała panna Krystyna skrzeczącym głosem, uśmiechając się usiadła na krześle.

Patrzyła na nas z wyjątkowym uwielbieniem jak codziennie, jednakże to był tylko jedyny miły przedsmak tego co zacznie się dziać na lekcji. Panna Krystyna to prywatnie bardzo miła staruszka. Nigdy nie przyznawała się ile ma lat, ale chodzą pogłoski że około pięćdziesięciu dziewięciu. Szczerze widać że młodość jej jeszcze nie opuszcza, pewnie dla niektórego z nas mogłaby być już babcią. Piękne kręcone blond włosy i jasnej karnacji skóra na twarzy sprawiała że ona sama jak twierdzą uczniowie, dziwnie wyglądała. Moi znajomi powtarzający klasę, wymyślili jej już stos przeróżnych i przedziwnych pseudonimów, jednakże wszyscy znają ją jako „Białą Śmierć”, dlaczego? Sam dokładnie nie potrafię powiedzieć, ale sądzę że wzięło się to od kostuchy. Ponieważ ta dziwna postać symbolizująca śmierć posiada kosę, a kosą nazywamy ostrych i nie co bardziej wymagających nauczycieli. Łącząc jej jasną karnację, z kostuchą nazywają ją właśnie białą śmiercią. Osobiście uważam że pani Kryśka nigdy nie miała gustu co do swoich ubrań, chce wyglądać młodo i modnie, a przede wszystkim chce się wtopić w tłum młodzieży, jednakże to nie możliwe jeżeli dobiera się do pięknej sukni markowe adidasy.

Często z takim ubiorem staje się pośmiewiskiem dla całej szkoły, ale widocznie się tym nie przejmuje.

- Proszę o ciszę, sprawdzam obecność. – powiedziała.

Zaraz po tych słowach każdy otworzył zeszyt powtarzając sobie ostatnie trzy tematy, bo staruszka miała w zwyczaju pytać na każdej lekcji.

- Adamski?

- Jestem!

- Baranowski?

- Jestem!

- Czajkowski? - Nastała cisza.

- Nie ma. – Wystękał jeden z odważnych kujonków.

- Jak to nie ma? – Zapytała „Biała śmierć”.

- No bo… mówił mi dzisiaj że musi jechać do miasta na zakupy z rodzicami. – Z przerażeniem powiedział Lipiński.

- A ty co Lipiński, boisz się mnie? – Zapytała pani, zwiększając napięcie.

- Skąd że pani profesor…

- Wyluzuj się, przecież nic ci nie zrobię. - Przerwała, po czym zabrała się za dalsze sprawdzanie obecności.

Za oknem taki piękny dzień, a my tutaj gnijemy wkuwając jakieś według mnie zupełnie nie potrzebne pojęcia.

Przez chwilę się bardzo rozmarzyłem myśląc o tym że do kolejnej klasy przeszedłem bez żadnego zagrożenia. Jednak to tylko były nie spełnione marzenia, jestem zagrożony z trzech przedmiotów, a koniec roku tuż, tuż.

Nauczyciele niechętnie zgadzają się na poprawy, a szczególnie w moim przypadku. Sam nie wiem, dlaczego mnie tak traktują. Przecież naprawiłem tą wybitą przez mnie szybę w pokoju nauczycielskim. Wbrew pozorom jestem miłym chłopakiem, ale słabo się uczę. Niestety tak już na nieuków przystało że będą mieli zawsze pod górkę, jak mówi stare powiedzenie „biednemu zawsze wiatr w oczy wieje, a bogatemu nawet byk ocieli”. Coraz bardziej zaczynam wierzyć w to że to zdanie ma sens. Właśnie za te kilka słów powinno się nagrodzić człowieka , który jest ich autorem. Sam nie potrafię pojąć kim trzeba być by wymyślić tak życiowe słowa. Marząc jeszcze przez chwilę zauważyłem że ktoś z niecierpliwością wymawia moje nazwisko,

- Matz, Matz!

Była to oczywiście pani Biała Śmierć, która oczekiwała jakiejkolwiek reakcji.

- Słucham, panią. – Zaskoczony odpowiedziałem.

- Matz, powiedz mi jedno. Co ty znowu wyprawiasz u licha? – Zapytała.

- Nic, pani profesor, zamarzyłem się lekko proszę pani. – Ze spokojem odpowiedziałem.

- Obyś Matz, przestał marzyć i za naukę się wziął, a jak nie to zacznij sobie szukać kolegów w pierwszej klasie.

To zdanie zabrzmiało w jej ustach niczym prowokacja. W sumie nie wiem czy to powszechna wada nauczycieli, czy po prostu bezczelne słowa pogardy. Potrafią one zdołować człowieka w tak piękny słoneczny dzień że przez cały czas praktycznie myśli się o ich słowach.

- Zdam pani Krystyno. Jeszcze tylko trzy przedmioty. – Po chwili powiedziałem.

- No oby Matz, oby. Nie chciałabym rok dłużej się z tobą męczyć. – Powtórnie dołożyła do pieca.

Tym razem jednak nie odpowiadałem na jej celową prowokację, albowiem nie chciałem sobie u niej nagrabić.

I tak z ledwością nie mam u niej zagrożenia, to jedyny cud jaki mnie w życiu spotkał i za który jestem Bogu wdzięczny. Sto kroć wolałbym po szkole beztrosko spotykać się z kolegami nie myśląc o tym że mam coś zadane, czy muszę coś poprawić, ale to już niebawem. Znów nadejdą te dwa miesiące pięknego i wolnego życia.

Już w prawdzie nie mogę się doczekać jednak jakoś muszę przetrwać te pozostałe półtora miesiąca nauki. Nic na tym świecie nie jest aż takie złe jak mogłoby się wydawać, tylko szkoda że w moim mózgu krążyły tylko dołujące i przygnębiające myśli. Przez kilka godzin myślałem nawet o samobójstwie, ale doszedłem do wniosku że nie miałoby ono sensu, gdyż sądzę że wbrew pozorom są ludzie na ziemi, dla których jestem kimś wyjątkowym. Właśnie ci ludzie nie pogodziliby się z moją śmiercią, dlatego postanowiłem być twardzielem, wziąć się w garść i starannie oraz systematycznie odrabiać pracę domową, uczyć się i podlizywać się nauczycielom. Póki co strasznie mi się nie chcę, ale jeżeli mam ochotę przejść do następnej klasy to muszę się zmobilizować.

- Moi drodzy, tak się składa że dzisiaj wyjątkowo i od święta was nie zapytam, ponieważ szkoda mi na to lekcji.

Te zdanie wywołało powszechne zdziwienie wśród uczniów całej mojej klasy, ja natomiast poczułem swego rodzaju ulgę, bo nic nie umiałem, a w dodatku jeszcze jedna jedynka sprawiłaby że automatycznie miałbym ocenę niedostateczną na koniec roku szkolnego. Oczywiście mógłbym ją poprawić wykonując szereg bardzo trudnych zadań w ogóle nie związanych z tym, z czego dostałem taką ocenę. Rozpoczęła się lekcja, pani zaczęła pisać temat na tablicy i go omawiać. Oczywiście zmobilizowani i uśmiechnięci koledzy zaczęli go z dumą przepisywać, dumni z tego że żaden z nich dzisiaj nie będzie musiał chwalić się rodzicom tak zwaną pałą, co niosło ze sobą poważne i niezwłoczne konsekwencje, krótko i zwięźle mówiąc nie dostaną dzisiaj szlabanu...

 

 

 

Rozdział I

 

Kolejna lekcja na której będę czymś zabijał nudę, przyszedłem niedawno do szkoły i pragnę odpocząć po ciężko przespanej nocy, gdy to nauczyciele się o coś zawsze czepiają, co prawda to pierwsza lekcja, ale wspominam w duchu te wczorajsze. To jakiś koszmar, kto wymyślił szkołę?! Pewnie nagrodzono by go cudowną nagrodą na przykład Noblem. Natomiast ja chętnie bym go nagrodził prawym sierpowym i czterema kopniakami. Przecież my nic nie zrobiliśmy, by zasłużyć sobie na takie tortury. Już od dziesięciu lat dzień w dzień przychodzę tutaj i co rok właściwie dzieje się coś innego…

Stałem tak na tym szkolnym korytarzu prowadząc głębokie przemyślenia, gdy to zadzwonił ten piekielnie wkurzający dzwonek. Symbolizował on albowiem w naszej budzie mękę i cierpienie. Minęło zaledwie kilka sekund, a zbiegła się chmara moich rówieśników ustawiając się pod klasą. W głowie krążyła mi pewna myśl, a mianowicie „czy oni kiedyś wydorośleją?”. Jeden przez drugiego szarpią się, krzyczą i bawią jak dzieci.

- O, przyszła pani! – Zauważył mój niewątpliwie najgłupszy kolega jakiego znam.

Zrobiło się wyjątkowo cicho, jeszcze nie wiedziałem co mnie i całą klasę czeka, wszyscy równo ustawieni z niecierpliwością i przerażeniem staliśmy na korytarzu, z dala było słychać jedynie melodię wylatującą z klasy muzycznej i ciche pomrukiwania. Wszystkich nas w tych kilku sekundach grozy zastanawiało kiedy ona przekręci ten cholerny kluczyk i wpuści nas do klasy, ale jeszcze kilka sekund trzymając wszystkich w napięciu pani z poważną miną czekała aż całkowicie zamilkniemy. Wreszcie rozległ się zgrzyt zamku i otworzyły drzwi, wszyscy z wyjątkową ciszą weszli do klasy i zaczęli się rozpakowywać.

- Proszę siadać. – Powiedziała panna Krystyna skrzeczącym głosem, uśmiechając się usiadła na krześle.

Patrzyła na nas z wyjątkowym uwielbieniem jak codziennie, jednakże to był tylko jedyny miły przedsmak tego co zacznie się dziać na lekcji. Panna Krystyna to prywatnie bardzo miła staruszka. Nigdy nie przyznawała się ile ma lat, ale chodzą pogłoski że około pięćdziesięciu dziewięciu. Szczerze widać że młodość jej jeszcze nie opuszcza, pewnie dla niektórego z nas mogłaby być już babcią. Piękne kręcone blond włosy i jasnej karnacji skóra na twarzy sprawiała że ona sama jak twierdzą uczniowie, dziwnie wyglądała. Moi znajomi powtarzający klasę, wymyślili jej już stos przeróżnych i przedziwnych pseudonimów, jednakże wszyscy znają ją jako „Białą Śmierć”, dlaczego? Sam dokładnie nie potrafię powiedzieć, ale sądzę że wzięło się to od kostuchy. Ponieważ ta dziwna postać symbolizująca śmierć posiada kosę, a kosą nazywamy ostrych i nie co bardziej wymagających nauczycieli. Łącząc jej jasną karnację, z kostuchą nazywają ją właśnie białą śmiercią. Osobiście uważam że pani Kryśka nigdy nie miała gustu co do swoich ubrań, chce wyglądać młodo i modnie, a przede wszystkim chce się wtopić w tłum młodzieży, jednakże to nie możliwe jeżeli dobiera się do pięknej sukni markowe adidasy.

Często z takim ubiorem staje się pośmiewiskiem dla całej szkoły, ale widocznie się tym nie przejmuje.

- Proszę o ciszę, sprawdzam obecność. – powiedziała.

Zaraz po tych słowach każdy otworzył zeszyt powtarzając sobie ostatnie trzy tematy, bo staruszka miała w zwyczaju pytać na każdej lekcji.

- Adamski?

- Jestem!

- Baranowski?

- Jestem!

- Czajkowski? - Nastała cisza.- Nie ma. – Wystękał jeden z odważnych kujonków.

- Jak to nie ma? – Zapytała „Biała śmierć”.

- No bo… mówił mi dzisiaj że musi jechać do miasta na zakupy z rodzicami. – Z przerażeniem powiedział Lipiński.

- A ty co Lipiński, boisz się mnie? – Zapytała pani, zwiększając napięcie.

- Skąd że pani profesor…

- Wyluzuj się, przecież nic ci nie zrobię. - Przerwała, po czym zabrała się za dalsze sprawdzanie obecności.

Za oknem taki piękny dzień, a my tutaj gnijemy wkuwając jakieś według mnie zupełnie nie potrzebne pojęcia.

Przez chwilę się bardzo rozmarzyłem myśląc o tym że do kolejnej klasy przeszedłem bez żadnego zagrożenia. Jednak to tylko były nie spełnione marzenia, jestem zagrożony z trzech przedmiotów, a koniec roku tuż, tuż.

Nauczyciele niechętnie zgadzają się na poprawy, a szczególnie w moim przypadku. Sam nie wiem, dlaczego mnie tak traktują. Przecież naprawiłem tą wybitą przez mnie szybę w pokoju nauczycielskim. Wbrew pozorom jestem miłym chłopakiem, ale słabo się uczę. Niestety tak już na nieuków przystało że będą mieli zawsze pod górkę, jak mówi stare powiedzenie „biednemu zawsze wiatr w oczy wieje, a bogatemu nawet byk ocieli”. Coraz bardziej zaczynam wierzyć w to że to zdanie ma sens. Właśnie za te kilka słów powinno się nagrodzić człowieka , który jest ich autorem. Sam nie potrafię pojąć kim trzeba być by wymyślić tak życiowe słowa. Marząc jeszcze przez chwilę zauważyłem że ktoś z niecierpliwością wymawia moje nazwisko,

- Borowski, Borowski!

Była to oczywiście pani Biała Śmierć, która oczekiwała jakiejkolwiek reakcji.

- Słucham, panią. – Zaskoczony odpowiedziałem.

- Borowski, powiedz mi jedno. Co ty znowu wyprawiasz u licha? – Zapytała.

- Nic, pani profesor, zamarzyłem się lekko proszę pani. – Ze spokojem odpowiedziałem.

- Obyś Borowski, przestał marzyć i za naukę się wziął, a jak nie to zacznij sobie szukać kolegów w pierwszej klasie.

To zdanie zabrzmiało w jej ustach niczym prowokacja. W sumie nie wiem czy to powszechna wada nauczycieli, czy po prostu bezczelne słowa pogardy. Potrafią one zdołować człowieka w tak piękny słoneczny dzień że przez cały czas praktycznie o nich się myśli.

- Zdam pani Krystyno. Jeszcze tylko trzy przedmioty. – Po chwili powiedziałem.

- No oby Borowski, oby. Nie chciałabym rok dłużej się z tobą męczyć. – Powtórnie dołożyła do pieca.

Tym razem jednak nie odpowiadałem na jej celową prowokację, albowiem nie chciałem sobie u niej nagrabić.

I tak z ledwością nie mam u niej zagrożenia, to jedyny cud jaki mnie w życiu spotkał i za który jestem Bogu wdzięczny. Sto kroć wolałbym po szkole beztrosko spotykać się z kolegami nie myśląc o tym że mam coś zadane, czy muszę coś poprawić, ale to już niebawem. Znów nadejdą te dwa miesiące pięknego i wolnego życia.

Już w prawdzie nie mogę się doczekać jednak jakoś muszę przetrwać te pozostałe półtora miesiąca nauki. Nic na tym świecie nie jest aż takie złe jak mogłoby się wydawać, tylko szkoda że w moim mózgu krążyły tylko dołujące i przygnębiające myśli. Przez kilka godzin myślałem nawet o samobójstwie, ale doszedłem do wniosku że nie miałoby ono sensu, gdyż sądzę że wbrew pozorom są ludzie na ziemi, dla których jestem kimś wyjątkowym. Właśnie ci ludzie nie pogodziliby się z moją śmiercią, dlatego postanowiłem być twardzielem, wziąć się w garść i starannie oraz systematycznie odrabiać pracę domową, uczyć się i podlizywać nauczycielom. Póki co strasznie mi się nie chcę, ale jeżeli mam ochotę przejść do następnej klasy to muszę się zmobilizować.

- Moi drodzy, tak się składa że dzisiaj wyjątkowo i od święta was nie zapytam, ponieważ szkoda mi na to lekcji.

Te zdanie wywołało powszechne zdziwienie wśród uczniów całej mojej klasy, ja natomiast poczułem swego rodzaju ulgę, bo nic nie umiałem, a w dodatku jeszcze jedna jedynka sprawiłaby że automatycznie miałbym ocenę niedostateczną na koniec roku szkolnego. Oczywiście mógłbym ją poprawić wykonując szereg bardzo trudnych zadań w ogóle nie związanych z tym, z czego dostałem

taką ocenę. Rozpoczęła się lekcja, pani zaczęła pisać temat na tablicy i go omawiać. Oczywiście

zmobilizowani i uśmiechnięci koledzy zaczęli przepisywać, dumni z tego że żaden z nich dzisiaj nie będzie musiał chwalić się rodzicom tak zwaną pałą, co niosło ze sobą poważne i niezwłoczne konsekwencje, krótko i zwięźle mówiąc nie dostaną dzisiaj szlabanu. Przez pozostałe dwadzieścia minut lekcji w głowie krążyły mi właśnie takie dziwne myśli. W końcu zadzwonił dzwonek, uczniowie niczym sprinterzy szybko opuścili klasę i udali się na korytarz szkoły. Gdy już wszyscy wyszli pani Krystyna zawołała mnie do siebie mając bardzo poważną minę, jakby miała mi zaraz wygarnąć wszystkie przewinienia w tej szkole i wywalić na bruk.

- Borowski, słuchaj mnie chłopcze, mimo że jesteś takim patałachem i nie pojmujesz wielu rzeczy uznałam że umiesz zachować dyskrecję, dobrze mówię? – Powiedziała z zakłopotaniem.

- Tak, proszę pani.

- To słuchaj, jestem poważnie chora, lekarze dają mi najwyżej miesiąc życia. Chodzi mi o to że pokutuję za całe zło jakie wyrządziłam innym. Ty obrywałeś najwięcej z nich wszystkich.

- Ależ skąd że pani profesor, nie czuję się urażony.

- To dobrze Borowski, lecz mimo wszystko proszę cię o wybaczenie za te wszystkie moje przewinienia.

- Wybaczam pani, chociaż przeprosiny są naprawdę zbędne.

- Nic nie jest zbędne, jako zadość uczynienie nie będziesz u mnie zagrożony, postaram się też o to byś nie miał zagrożeń z innych przedmiotów.

- Naprawdę nie wiem co powiedzieć, zaskoczyła mnie pani strasznie. Jeżeli jednak zechciałaby pani porozmawiać z innymi nauczycielami na temat moich zagrożeń byłbym bardzo wdzięczny.

Teraz pseudonim „Biała Śmierć” nabierał coraz większego sensu. Zrobiło mi się żal tej bidulki co sprawiło że nie potrafiłem się jakoś pogodzić z jej słowami. Co będzie gdy jej zabraknie? Kto wówczas będzie mi skutecznie niszczył życie? Będzie mi jej szczerze brakować, bo gdyby nie ona w naszej klasie nie panowała by taka żelazna dyscyplina. Dobrze że chociaż na jej lekcji banda dzieciaków z mojej klasy potrafiła się zachować. Kobieta ta spadła mi praktycznie z nieba jeżeli, a nauczyciele jej posłuchają, to przejdę szczęśliwie do następnej klasy. Właśnie tego mi było trzeba przez ostatnie kilka dni, bo jakoś nie potrafiłem znaleźć w sobie motywacji do nauki, a nawet nie umiałem się na niej porządnie skupić. Co dziennie czekałem na dar od Boga, albo chociaż na jakiś znak. Szczerze mówiąc zaczynałem w niego wątpić, za co teraz serdecznie żałuję. W prawdzie dał mi znak, ale szkoda że jest nim akurat ciężka choroba pani Krystyny. Nigdy nie chciałem by przez moje zachcianki ktoś cierpiał, ale widocznie wszechmocny zaplanował to już dawno temu i wiedział od jej poczęcia kiedy umrze. Przez wszystkie kolejne lekcje myślałem o słowach staruszki, nie potrafiłem się jakoś skupić na tym co mówili inni nauczyciele. Oni widzieli mnie lekko przygnębionego także starali się dać mi poniekąd spokój nie zadając mi pytań, jestem im za to bardzo wdzięczny. Siedziałem ze smutną miną aż do końca ostatniej lekcji, kiedy to po dzwonku wszyscy udawali się do własnych domów ja zostałem jeszcze przez chwilę w szkole i musiałem przemyśleć kilka spraw z moim życiem związanych. Nagle podszedł do mnie dyrektor i usiadł obok.

- Już wie pan o tym panie Borowski? – zapytał nie śmiało.

- O czym, panie Dyrektorze? – Zadałem celowo to pytanie by upewnić się, czy chodzi mu o panią Krystynę.

- Powiedziała Ci? Pani Krystyna? – Prawie że wystękał te słowa dyrektor.

- Tak proszę pana już wszystko wiem. Lecz nie potrafię się jakoś z tym pogodzić.

- Wszyscy nie umiemy zrozumieć tej całej sytuacji, Borowski. – Próbował mnie pocieszyć pan Dyrektor.

Jeszcze przez chwilę rozmawiałem z przywódcą naszej szkoły, dumając o pani Kryśce. Dyskutowaliśmy, a raczej rozpaczaliśmy na temat tego przez jakie ścieżki prowadzi nas życie, i jakie mogą one czasami być niesprawiedliwe. Pożegnałem po chwili pana dyrektora i poszedłem do swojego domu. Zostawiłem tam torbę, wsiadłem na rower i pojechałem zaczerpnąć chwilkę spokoju. Znałem albowiem takie miejsce w okolicy, gdzie mogłem spokojnie pomyśleć nad całą sytuacją.

Pewnie jeszcze przez kilka dni myśli o Białej Śmierci będą kłębić się w mojej głowie, ale wkrótce o wszystkim zapomnę, na pewno. Chociaż nie chciałbym wymazać wszystkich wspomnień jakie mi utkwiły w głowie, bo mimo że panna Krystyna była niesamowitą „kosą” to miewała dobre dni, które z chęcią wspominam. Miejscem mojego dumania nad życiem była piękna polana w pobliskim lesie. Wiosną polankę porastały przepiękne kwiaty, zaś latem pasły się na niej dzikie leśne zwierzęta.

Położyłem się na wyleżanym przez sarny kłębie trawy i wpatrując się w piękne niebieskie niebo myślałem. Po kilkunastu, a może kilkudziestu minutach ten nadmierny wysiłek bardzo mnie zmęczył co sprawiło że w pewnym momencie, sam nie wiem, którym zasnąłem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział II

 

Od momentu, gdy to dowiedziałem się o rzekomej chorobie mojej nauczycielki minęło prawie półtora miesiąca. Został niecały tydzień do zakończenia roku szkolnego. Panna Krystyna apel rozpoczynający wakacje będzie niestety oglądać z domu Boga, miejmy nadzieję. Wiem że to dziwnie brzmi, ale niecałe dwa tygodnie temu odbył się pogrzeb. Nauczyciele ku jej czci i wedle jej życzenia odpuścili mi dlatego też zdam. Teraz mogę się dzięki niej cieszyć wolnością, właściwie będę cieszył się za dokładny tydzień. Ostatnie smutne dni sprawiły że zaczęło mi brakować kogoś bliskiego, nie miałem do kogo zwracać się z moimi problemami, nie miałem komu się żalić, bo rodzice moi nigdy nie rozumieli życia i problemów takiego młodzieńca jak ja. Już dawno się z tym pogodziłem, zaczynam ich rozumieć, chociaż też się im trochę dziwie, przecież byli kiedyś też młodzi. Poznałem całkiem ładną dziewczynę, zakochałem się w niej, ale ona jeszcze nic o tym nie wie. Boje się że mnie odrzuci, bo targa mną naprawdę silne uczucie. Każdego dnia modlę się do Boga by dał mi choć odrobinę odwagi, bym mógł przy niej wyjęczeć, wystękać, czy to wykrztusić dwa słowa „kocham cię”. Niby jest to coś prostego i tylko właściwie małe niemowlęta nie umieją tego mówić, ale istnieje taka siła, silniejsza ode mnie która zabiera mi mowę w jej obecności. Gdy stoi ona obok mnie, całe ciało przechodzą dreszcze, na szczęście one są ciepłe, a uczucie, które temu towarzyszy jest czymś boskim.

Miewałem dni kiedy byłem gotów podejść i jej to powiedzieć, przygotowany, trzymając w dłoniach bukiet pięknych polnych kwiatów podszedłem kiedy to nagle zabrakło mi odwagi, albo ona zanikała w tłumie szkolnych kolegów i koleżanek. Śmierć pani Krystyny jest rzeczą z którą się bardzo szybko pogodziłem, nie rozpaczam i nie ubolewam nad nią już tak bardzo. Niech staruszka w swym wiecznym spoczynku trafi do Boga i cieszy się niebem z wszystkimi świętymi.

Nadszedł ostatni dzień szkoły, właśnie na dzisiaj wypadło zakończenie roku szkolnego. Cała moja klasa uśmiechnięta i ubrana na galowo przyszła by weselić się wspólnym szczęściem i wolnością. Aż szkoda że wakacje trwają tylko dwa miesiące. No cóż wytrzymam to jakoś. To z pewnością bardzo ważne wydarzenie w życiu każdego kto chodzi do szkoły i kto zdał do następnej klasy. Dlatego też wieczorem zgodnie z umową robimy z kolegami imprezę. Zaprosiliśmy parę koleżanek w tym moją piękną ciemnowłosą księżniczkę, będzie super, na pewno. Teraz przełomowy moment całego tego „apelu”, czyli rozdawanie świadectw. Wszyscy co do jednego dostali promocję do następnej klasy, no tylko taki Jędrek nie miał szczęścia, biedaczek. I pomyśleć że jeszcze kilka miesięcy temu mógłbym zamiast niego cieszyć się inaczej z tego wszystkiego…

Współczuję mu szczerze. Z moim świadectwem wychowawczyni pani Kryszak, czekała do końca, albowiem wiedziała w kim jest zasługa tego że na następny rok będę już w trzeciej klasie gimnazjum rzecz jasna.

- Borowski Artur. – Zawołała mnie, abym przyszedł po świadectwo.

Podszedłem, więc z uśmiechem na twarzy, w ręku trzymając kwiatka. Podałem pani dłoń i lekko ścisnąłem.

– Moi drodzy, Artur jest wyjątkowym chłopakiem. Sami wiecie że niedawno mógł podzielić los nieszczęsnego Jędrka. Dzięki pani Krystynie dzisiaj może cieszyć się tym że przejdzie. Arturze, gratuluję Ci z całego serca.

- Dziękuję pani bardzo, proszę oto kwiat dla pani. – powiedziałem, wyciągając piękną i specjalnie dobraną różę zza pleców.

Usiadłem na swoje miejsce w ławce i słuchałem co pani Kryszak chciałaby nam jeszcze oznajmić.

- Bądźcie ostrożni moi drodzy, pamiętajcie by przed kąpielą w jakimkolwiek zbiorniku wodnym sprawdzić czy jest ratownik i flaga o odpowiednim kolorze. – Przestrzegła nas wychowawczyni.

- Oczywiście, pani Kryszak – Chórem odpowiedziała klasa.

- Dobrze, życzę wam wspaniałych wakacji i niezapomnianych przygód, do widzenia.

- Do widzenia, i nawzajem. – Znów chórem odpowiedziała cała klasa.

Przy przedostatnim zdaniu pani wychowawczyni się lekko uśmiechnąłem, gdyż już wiedziałem co pod koniec dnia mnie czeka. Powróciwszy do domu pokazałem świadectwo rodzicom, tym razem tata nie zapragnął mi zrobić tak zwanego czerwonego paska, wręcz ucieszył się na widok pozytywnych ocen i powiedział pamiętliwe zdanie.

- Gratuluję synu, jestem z ciebie dumny.

Ucieszyło mnie to bardzo, gdyż nie zawsze miałem okazję słyszeć tak cudowne zdanie, ojciec albowiem nie porywał się na aż takie czułości. Zawsze na mnie narzekał i nie był za bardzo ze mnie zadowolony. Teraz jestem w stanie sobie uświadomić nawet że zaakceptowałby mój związek z Dorotką. Od dawna marzyłem żeby wybił sobie z głowy to że każdą dziewczynę jaką będę miał potraktuje jak zwykłą tak zwaną lafiryndę. Oczywiście ta ojcowska miłość była tylko z pozoru czymś przyjemnym, albowiem jak co roku mój tato narzucał na mnie i rodzeństwo, czyli Jacka i Grzegorza wakacyjne obowiązki. Były to wszelakie roboty „społeczne” (darmowe), które miały na celu głównie zmarnowanie nam dwóch beztroskich miesięcy życia, jednakże Ojciec pracował ciężko na gospodarce i rzecz o którą nas prosił, czy raczej do której nas zmuszał musiała być przyjmowana z pokorą i uszanowaniem, bo każde sprzeciwienie się jego woli było traktowane z wyjątkowym uniesieniem.

Wiadomo że wówczas rodzice zaczynali słynne opowieści jak to było za tak zwanych „moich czasów”, że my jako ich dzieci mamy o wiele mniej roboty i że strasznie się lenimy. To było dziwne… skąd mój tata wiedział że ja w danym momencie się nudzę? Przecież byłem zajęty analizowaniem kolejnego odcinka serialu kiedy to on wpadał do pokoju i zamaszystym ruchem dłoni gnał nas do roboty, zawsze mówiłem że powinien zostać jasnowidzem. Trzeba mu przyznać że właśnie w przepowiadaniu przyszłości był mistrzem, wiele razy już na początku premiery filmu wiedział co będzie na jego końcu i można powiedzieć że w dziewięćdziesięciu procentach jego przepowiednie się sprawdzały.

- Artur, jesteś najstarszy, dlatego do twoich obowiązków od dzisiaj należy przypędzanie z dziadkiem krów, czy to jasne? – Narzucił swój wymysł, po czym zapytał mnie tata.

- Tak Tato. – Z lekkim smutkiem odpowiedziałem.

- Jacek, od dzisiaj pomagasz w futrowaniu świń, dobrze?

- Tak Tato. – Powiedział zawiedziony Jacuś.

- No i ty Grzesiu, będziesz wodą ze stawu podlewał drzewka, tak by nie uschły!

- No dobrze. – Odpowiedział Grzesio.

Grzesiu był spokojnym chłopakiem o rudych włosach, miał kilka piegów na nosie i piękny szczerbaty uśmiech. W szkole mówią na niego rudzielec, lecz w domu otrzymał pseudonim piegus, od tych słynnych i dobrych ciasteczek, które niegdyś reklamowano w telewizji. Jacenty zaś był wrogo nastawiony do mojej osoby, człowiek ten miał brunatne włosy i bardzo hipnotyzujące niebieskie oczy.

Nigdy nie potrafiłem się właściwie z nim dogadać, odkąd się urodził sprzeczamy się o wiele spraw dotyczących naszego rodzinnego życia braterskiego, tata czasami wpada przez nas w furię i zdarzały się sytuację że sięgał po pas, który pieszczotliwie był nazywany przez niego samego panem paskiem. Jeszcze przez chwile dyskutując warunki naszej współpracy z tatuśkiem, siedzieliśmy w altance, którą zewsząd otaczały wijące się po kratce pędy winogrona. Zupełnie straciliśmy poczucie czasu, w pewnym momencie dostrzegłem że zbliża się wieczór, a ja jestem umówiony na imprezę, dlatego też po cichu opuściłem miejsce bitwy i razem z kolegą, który po kilkunastu minutach przyjechał udałem się na przyjęcie, dyskotekę, melanż, czy jak to tam nazwać. Na miejscu zewsząd było słychać głośną muzykę, pewnie dlatego że jest lato oraz duży upał, a na Sali zbyt gorąco by bawić się przy zamkniętych oknach. Podszedliśmy do drzwi ów budynku i złapaliśmy szybko za klamkę.

- Zamknięte. – Dziwne myśli nasunęły nam się wówczas do mózgownicy.

- Czekaj, mam numer do Elwiry. Zadzwonię do niej, na pewno nam otworzą. – Odpowiedział z lekkim zakłopotaniem Dawid.

Musieliśmy, więc chwileczkę poczekać przed drzwiami, aż w końcu rozsuną się nam wrota do wiecznego melanżu. Lecz minęła minuta, później druga i trzecia, a my na maksa wkurzeni postanowiliśmy wsiąść na skuter i po prostu pojechać do pobliskiego klubu. Dawid odpalił już silnik, lekko przy gazował, gdy to otworzyły się drzwi od budynku.

- Hej, czemu nie otwieracie!? – Krzyknął Dawid.

- Nie widzieliśmy was.

- Jak to nie? Napisałem przecież do Elwiry by nam otworzyła.

- Nie ma tutaj Elwiry!

Chwile po tym przyszedł SMS od Elwy: „Przepraszam, lecz mnie tam nie ma.”, ochłonęliśmy, bo robiło się naprawdę burzliwo. Dejwid zgasił skuter i postawił go na parkingu i udaliśmy się na imperkę. W środku była rzeczywiście wielka „parówa”, wszyscy spoceni siedzieli i odpoczywali na ławkach, tańczyło zaś jakieś pięć osób...

Opublikowano

Nie rozumiem czemu piszesz o szkole? Ten temat nie wypali, ale to Twoja książka więc nie będe się w nią wtrącał.

Ważne że wszystko trzyma się kupy, jest dobrze.

Opublikowano

mało bd o szkole jakies 20 stron najwyzej a pozniej okolo 200 o wakacjach i przeżyciach miłość, melanże itp

wszystko zależy od weny :D

 

Ty i melanż jebłeś jak dzik w sosnę w dębowym lesie

634534203295449218.png
Opublikowano

Szczerze to średnio mi się podoba,ale ważne że masz jakieś zainteresowanie.

 

 

 

Uciekaj, Rajmund temat przegląda!

 

 

 

 

Zartowalem, pjona.

 

 

 

 

Była to oczywiście pani Biała Śmierć, która oczekiwała jakiejkolwiek reakcji.

 

Jakoś się dziwnie układa, pani Biała Śmierć :D

 

Ale pisz dalej, może coś z tego wyjdzie. Wstęp nawet fajny.

Opublikowano

wiesz gdzie mam krytykę?

tam gdzie ty masz wczorajszą kolację którą zjadłeś :D

 

Spoko ,powiedz tak za kilka lat.

 

Co do ksiazki ,dla mnie naprawde chuyowa , nic konkretnego ,ale kazdy od czegos zaczyna ( dodam ,ze lubie czytac czasem ,i niemam okreslonego gustu gatunkowego) ale trenuj trenuj i moze bedziemy mieli pisarza.

 

P.S jak bedziesz znany chce twoj spocony recznik

Opublikowano

Dobrze układane zdania, to jest jeden plus. Pytanie, o czym będziesz pisał książkę? O tym, jak jest w szkole? Hmm... to chyba nie znajdzie zbyt wielu fanów... Sory nie doczytałem twojego posta ;).

 

Wstęp mi wieje bardziej fantastyką albo niesamowitą przygodą, niekoniecznie romansidłem albo melanżami (nie znam żadnej książki o melanżach, możesz być pierwszy ;]).

 

@UP bierz teraz, za 5 lat sprzedasz dużo drożej ;).


Pomagam w projektach dotyczących programowania (C++/C/Java/C#/inne). Jak masz jakiś problem, napisz do mnie, wspólnie poszukamy rozwiązania ;).

Opublikowano

 

Co do ksiazki ,dla mnie naprawde chuyowa , nic konkretnego ,ale kazdy od czegos zaczyna ( dodam ,ze lubie czytac czasem ,i niemam okreslonego gustu gatunkowego) ale trenuj trenuj i moze bedziemy mieli pisarza.

 

 

Dobrze, że, dajesz, tyle, przecinków, mam, wtedy, przerwę, na, oddech, gdy, czytam, posty.

 

Btw. Podzielam zdanie Huberta. Może nie jest to coś oszałamiającego ale masz zainteresowanie i jak będziesz ćwiczył to będziesz co raz lepszy.

Opublikowano

wiele osob krytykuje dziela slawnych pisarzy... jak ktos nie przeczytal wiecej niz recenzji gier to trudno. nie dodawaj tego, pozniej pochwalisz sie caloscia;]

 

wiele osob krytykuje dziela slawnych pisarzy... jak ktos nie przeczytal wiecej niz recenzji gier to trudno. nie dodawaj tego, pozniej pochwalisz sie caloscia;]

Zarchiwizowany

Ten temat przebywa obecnie w archiwum. Dodawanie nowych odpowiedzi zostało zablokowane.

×
×
  • Dodaj nową pozycję...