Skocz do zawartości
  • 👋 Witaj na MPCForum!

    Przeglądasz forum jako gość, co oznacza, że wiele świetnych funkcji jest jeszcze przed Tobą! 😎

    • Pełny dostęp do działów i ukrytych treści
    • Możliwość pisania i odpowiadania w tematach
    • System prywatnych wiadomości
    • Zbieranie reputacji i rozwijanie swojego profilu
    • Członkostwo w jednej z największych społeczności graczy

    👉 Dołączenie zajmie Ci mniej niż minutę – a zyskasz znacznie więcej!

    Zarejestruj się teraz

[Opowiadanie] W@r Z - Port w Samelvill


Vaxus

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Tak dla urozmaicenia ;-) , moje opowiadanie :-)

 

 

 

 

31 grudnia 1834 roku, nabrzeże poru Samelvill.

 

- Mówiłem Ci do jasnej cholery, że masz być punktualnie! Myślisz, że wszyscy się bawią? Nie, a Ty się spóźniasz! Gdzie…

- Panie, wybacz. Już jestem…

- Widzę idiotko, właź tu szybko.

Postać w czarnej pelerynie, pokazała srebrną laską niewielki otwór w ścianie przy której stali.

Kobieta zaczęła się nerwowo rozglądać dokoła. Niewiele było widać, mgła osiągnęła masę krytyczną.

- Szybciej właź, bo…

- Bardzo się boję…

- Właź idiotko, płacę Ci, to mnie słuchaj.

Drobna kobieca postać, schyliła się i na kolanach zaczęła pomału wchodzić w ciemną czeluść. Z ciemnego otworu unosił się wstrętny słodkawy zapach. Zaczęła wymiotować.

- Nie dam rady, bardzo śmierdzi… ja... zapach…

- A moje pieniądze, też Ci śmierdzą? – wyraźnie był zdenerwowany.

- Nie, ja chcę…

Nie zdążyła dokończyć, wielki postawny mężczyzna nachyliwszy się, wepchną kobietę do środka.

- Właź!

Była zaskoczona, nagle znalazła się na zimnej podłodze. Pod rękoma czuła coś lepkiego, a zapach był na tyle nieznośny, że prawie mdlała.

- I jak tam? Jest tam? – w jego słowach, słychać było podniecenie..

Kręciło jej się w głowie, wstała. Było bardzo zimno, a ona była ubrana w cienką koszulę, tak było ustalone.

- Pieprzony dziwak- pomyślała, jednak wizja kilku funtów była kusząca.

Próbowała w ciemnościach rozeznać się układzie pomieszczenia.

Nagle usłyszała jakby dzwonienie łańcucha, takie delikatne, lecz po chwili dźwięk był już bardzo wyraźny i bardzo blisko.

- No, co tam, jest ?! – mężczyzna na zewnątrz prawie krzyczał.

- Chyba tak… coś słyszę… - wyraźnie się bała, bardzo.

- Idź do niego, podejdź!

Pomału, starając się nie robić hałasu skierowała się w stronę gdzie przed chwilą słyszała dzwonienie.

- Boże, dlaczego tak tu śmierdzi? – ale Ona wiedziała, to był zapach gnijących zwłok.

Mieszkając w porcie, nie takie rzeczy się widziało i czuło. Każdego dnia w porcie znajdowano zwłoki, czasami kilka. Mężczyźni, kobiety, dzieci, młodzi, starzy, biedni, bogaci. Śmierć nie wybiera. Ludzie tak.

Gdzieś, całkiem bliski, coś się poruszyło. Nagle poczuła silny uścisk na nodze, instynktownie odskoczyła, uścisk był na tyle jednak mocny, że przewróciła się na kamienną posadzkę. Coś bardzo silnie ja trzymało i ciągnęło w odległy koniec pomieszczenia. Kobieta próbowała się uwolnić, a właściwie uczepić się rękoma o napotkane przedmioty. Była za słaba.

- Oooo! Słyszę, że coś znalazłaś, ha, ha, ha – głos z zewnątrz był bardzo radosny - teraz, to już mogę iść świętować Nowy Rok!

Odchodząc, słyszał krzyki, słyszał jak ktoś woła o pomoc, wiedział kto, wiedział dlaczego.

Był zadowolony. Wiedział, że w następnym tygodniu przypłynie transport i będzie ich więcej, a on będzie musiał zapewnić im jedzenie. Więcej jedzenia. Dorożka czekała na końcu ulicy Lontower.

- Cudowny wieczór – rozłożył się wygodnie. Do Willberg było co najmniej dwie godziny drogi. Ostatnie co słyszał, to terkot kół na moście wychodzącym z Samelvill. Zasnął.

 

10 grudnia 1834 roku, Zatoka Miguena, Afryka, dwa tygodnie wcześniej.

 

- Szybciej, ruszać dupy, zapakujcie go i będziemy mogli wypływać! – krzyczał człowiek, z czerwoną chustą na szyi. Na oko miał około trzydziestu pięciu lat, jego rysy twarzy i karnacja zdradzała wschodnie pochodzenie.

- Tylko uważajcie, żeby żadnego z Was nie upierdolił, ha, ha, ha… bo dołączycie do jego kajuty – powiedział, wskazując klatkę z kijów bambusowych, przykrytą szmatami.

Z małego prowizorycznego domku na plaży, wyszło najpierw dwóch rosłych mężczyzn z muszkietami w ręku. Zaraz za nimi smukły, wysoki ciemnoskóry mężczyzna trzymający na długim kiju, na oko mającym z dwa metry długości, coś co przypominało kształtem ludzką postać, ale nią nie było. Fetor jaki unosił się na plaży mimo jej ogromu, był nie do zniesienia.

- Kapitanie Telsa! – krzyczał chłopiec z okrętu, z lornetką w dłoni- Kapitanie Telsa, musimy odpływać, zaraz skończy się przypływ!

- Wiem! Już go prowadzą! – odpowiedział kapitan, nasuwając chustę na nos. Zapach był okropny.

Postać poruszała się na własnych nogach, ale kierunek nadawał jej długi drąg przymocowany do szyi podtrzymywany na drugim końcu przez Cuana.

- No, dalej śmierdzielu, chodź jeszcze trochę, chodź do tatusia, zaraz będziesz w domku!

- Ej, Cuan, niezła z Was para, ha, ha- rechotali Ci dwoje, stojący na uboczu z muszkietami gotowymi do strzału.

- Spierdalaj- rzucił krótko.

Kapitan przyglądał się z bezpiecznej odległości, wiedział czym może się skończyć kontakt z śmierdzielem. Wiedział też, że pieniądze, których resztę dostanie po dostarczeniu „przesyłki” pozwolą mu na prowadzenie własnego interesu. Czas naglił, jeszcze z dwadzieścia metrów i będą na pokładzie, później tylko do klatki i ruszamy.

- Boy! Otwieraj klatkę i spierdalaj na maszt !- krzyknął Cuan.

Chłopiec w mgnieniu oka znalazł się przy klatce, otwarł ją, kłódkę zawiesił na drzwiach. Później zwinnymi ruchami wdrapał się na maszt.

- Gotowe!

Cuan, manewrując drągiem, zmusił postać aby weszła do klatki. Kiedy postać została przyparta do tylnej części klatki, kapitan zamkną drzwi, a Cuan zwinnie przełożył drąg i przywiązał go do tych drzwi. Byli bezpieczni. Śmierdziel wydawał się być spokojny, aż nadto spokojny. Oni nigdy nie są spokojni w pobliżu ludzi, żyjących ludzi.

- Ruszamy!- krzyknął Telsa.

Ostatni wchodzący wciągnął trap, statek pomału odbijał od skał.

Kapitan siedział w kajucie.

Puk, puk, puk… ktoś pukał do drzwi.

- Wejść!

W drzwiach stał Boy.

- Czego?

- Kapitanie, mogę się o coś spytać ?

- Czego? – kapitan był wyraźnie zmęczony, całym tym wypadem ale chłopak zawsze wprawiał go w dobry humor, więc go nie wyrzucił.

- Dlaczego miejscowi nazywali, no tego, śmierdziela, wie kapitan, tego w klatce, dlaczego mówili na niego zumbi ?

- A skąd ja mam wiedzieć? Zumbi, nie wiem, może to po ichniemu śmierdziel, zdechlak, sztywniak, nie wiem! Idź do Cuana, on zna miejscowych, może Ci coś powie. Dla mnie to śmierdziel to interes, rozumiesz? I tyle. Możesz go sobie nazywać jak chcesz. Ma dopłynąć do portu Samelvill. Reszta mnie nie interesuje. Ja dostaje pieniądze. Ty dostajesz swoją dolę, każdy dostanie. Ja oddaję statek właścicielowi i kasę, resztę ulokuję w budowę zajazdu…

Boy stał jeszcze chwile i słuchał kapitana, po czym kiedy kapitan był tyłem do drzwi, obrócił się i po cichu wyszedł na zewnątrz.

- No nareszcie – powiedział kapitan zerknąwszy przez ramię, widząc, że chłopca już nie ma.

- Przed nami jakieś trzy tygodnie podróży z gównem na pokładzie- pomyślał i zasnął.

Boy przechodząc koło klatki słyszał jak zumbi wydaje dźwięki, stękał, sapał, rzęził.

Chłopiec stanął z śmierdzielem, miał go praktycznie na wyciągnięcie ręki. Lekko i niepewnie, rozglądając się dokoła, podniósł rękę.

- Archhhhh, archhhhh, aaaarrrrr… - zumbi zaczął wydawać odgłosy, jednak szum fal rozbijających się o burtę skutecznie zagłuszył dźwięki. Boy wiedział, że tylko on to usłyszał, jednak wystraszony pognał do Cuana.

Pod pokładem Cuan razem z tymi dwoma siedział nad butelką rumu i strasznie podniecony o czymś rozprawiał.

- … my go wtedy goniliśmy przez pół dżungli, za dużo widział, musiał dostać… - tu Cuan przerwał zobaczywszy chłopca.

- Co jest Boy?

Chłopiec już chciał odpowiedzieć.

- Chodź tu, napijesz się z nami!

Nie stanowczo, nie. Wiedział czym mogą się skończyć takie popijawy.

- Nie, już nic, kapitan kazał sprawdzić czy wszystko porządku- skłamał na poczekaniu.

- Dobra, dobra idź jeszcze do zumbiego… – zarechotał jeden z tych typków – i powiedz mu, że u nas wszystko jest dobrze!

- Już byłem- w podobnym tonie zażartował chłopiec.

Cała trójka rechotała trzymając się z brzuchy.

- Dobra, dobra, mądral, jeszcze zobaczymy – pomyślał Boy i poszedł do siebie.

Podróż wydawała się trwać bez końca. Kapitan mówił, że jeszcze z dwa, trzy dni i będziemy w Samelvill, a i tak musimy wpłynąć do portu nocą. Cuan miał od pewnego czasu bardzo dużo roboty, nie miał nawet czasu na picie rumu. Ewidentnie brakowało załogi. Telsa, chodził od paru dni zdenerwowany całą tą sytuacją i ładunkiem jaki wiózł. Zniknięcie tych dwóch typów, wydawało się na tyle niesamowite jak ładunek, który był w klatce. Jedynie Boy od czasu do czasu uśmiechał się, wiedząc, że klucz do rozwiązania zagadki jest tylko w jego głowie i głębiach oceanu.

- To było bardzo łatwe… - powiedział chłopiec, na głos, przypominając sobie jak tych dwoje pijanych, zepchnął do wody.

- Co było łatwe? – nagle jak z pod ziemi koło chłopca wyrósł kapitan

- No co było łatwe ?

- Eeee…, nic, tak sobie, eeee…, wspominam jak śmierdziela wprowadzaliśmy na pokład- skłamał chłopiec

- Taaa…, ale teraz mamy problem, bo musimy go jeszcze przenieś na ląd a nie mamy ochrony.

- Wiem – odpowiedział trochę wystraszony Boy, o tym nie pomyślał.

- Ja mogę ochraniać, ja mogę ochraniać Cuana!

Kapitan popatrzył na chłopca, zmierzył go wzrokiem.

- Umiesz obsługiwać pistolety?

- Już od dziecka umiem !- wyrwało się chłopcu

- O patrzcie, dorosły! Cuan! Cuan! Chodź tu i zabierz pistolet- krzyczał kapitan.

Ale jestem głupi, trudno za późno, muszę pokazać czego nauczyło mnie życie w porcie.

 

 

31 grudnia 1834 roku, nabrzeże poru Samelvill

 

Boy próbował dojrzeć nabrzeże Samelvill, jednak panująca ciemność i wysokie fale skutecznie przeszkadzały.

- Cholera, muszę wrócić do steru i kierować się mapą, cholerna pogoda- mruknął do siebie.

Wiedział, że musi zdążyć przed północą, tak było umówione, ktoś miał czekać. Wiedział, że to co ma na pokładzie jest złe i nikt nie może, oprócz osoby zainteresowanej tego zobaczyć. A wydarzenia z przed paru dni, jeszcze bardziej pogmatwały całą sytuację i sam się zastanawiał czy aby na jego korzyść.

Statkiem nieźle bujało, chłopiec trzymał mocno ster w rękach. Ostatnie trzy lata pracy na łajbie zrobiły z niego wilka morskiego, potrafił szorować statek, obsługiwać działo, jaki i sterować tym statkiem, a wszystko było następstwem tego, że Kapitan Telsa za kołnierz nie wylewał. Ktoś musiał czasami przejąć ster.

Zbliżała się dziesiąta wieczór, kiedy jego oczom ukazały się pierwsze portowe światła.

- Jestem w domu, mam z dwie godziny czasu.

Kiedy był już w zatoce, wiatr ustał, została jedynie ciemność, która w tej chwili, wydawała się być jego sprzymierzeńcem.

Boy poszedł jeszcze raz sprawdzić ładunek. Dwóch śmierdzieli stało bezwładnie w klatce.

- Ooooj… Cuan, źle wyglądasz- powiedział z uśmiechem.

Cuan, a właściwie coś co go przypominało, stał w narożniku klatki z wyrwaną ręką i pogryzioną twarzą.

- Biedaku, jak pech, to pech, hahaha….

Przestraszył się samego siebie.

– Chyba zwariowałem.

Pamiętał kiedy narodził się jego chory plan.

- Chyba jestem bez serca ale bogaty, będę bogaty- pomyślał.

Pamiętał doskonale, kiedy parę dni temu, wieczorem usłyszał rozmowę Cuana i Kapitana Telsa.

 

- Kiedy wpłyniemy do poru i załatwimy cały ten zasrany interes, dzielimy się kasą tak jak się umówiliśmy. Następny kurs za dwa, trzy tygodnie- mówił kapitan- transport będzie większy, no ale i pieniądze też!

Wszystko, dokładnie słyszał, stał przy oknie kajuty kapitana, od czasu do czasu zerkając do środka.

- A ile z tego możemy wyciągnąć?- zapytał Cuan.

- Już Ty się nie bój. Następna dostawa sztywniaków i dzielimy się po równo!- krzyknął kapitan.

- Po równo?- Cuan nie krył ogromnego zdziwienia.

- Tak, jak widać dajemy sobie radę w trzech i każdy z nas dostanie jedną trzecią!

- Hmmm… całkiem rozsądnie, całkiem- mruczał Cuan

- Co tam mamroczesz ?

- Nic, nic, mówię, że to rozsądny podział, a może …- w tym momencie Cuan się zawahał – a może… ten , tego, jak będziemy następnym razem wracać, to wie kapitan, no , tego chłopkach, no, ten, do wody, może by go wrzucić, znaczy się pieniądze były by na dwóch, rozumie pan, tak …

- Nie ! Znam chłopca już bardzo długo, nie on. Kończymy rozmowę- kapitan chwycił szklankę z rumem, wypił, a butelkę odstawił na komodę, co oznaczało koniec picia. Boy rzucił jeszcze okiem przez okno, widział jak Cuan wychodzi od kapitana, biegiem ruszył do ładowni.

- Pierdolony Cuan, każdy z nas może być bogaty, a temu idiocie jeszcze mało. Zobaczymy.

Kiedy już leżał w swojej kajucie, pogrążył się myślach. Ostatnia myśl, jakiej był świadom nim zasnął , była okrutna.

- Pozbyć się Cuana…

A w tym nabrał już wprawy..

Nazajutrz, wieczorem kiedy kapitan „topił” się w szklankach rumu, wykradł jedną butelkę z rumem i poszedł do Cuana. Wcześniej jednak wsypał do środka proszek na bezsenność. Był chłopakiem z portu i wiedział, co nie co, o różnych rzeczach. Nim otwarł drzwi do kajuty Cuana, jeszcze raz wstrząsnął butelką.

- Tak teraz będzie dobrze – pomyślał

Zapukał delikatnie do drzwi.

- Co?- krzyknął Cuan

- Eeee… Cuan, może się napijemy, mogę?

Drzwi się otwarły z hukiem.

- Oooo, proszę, pociągamy? A jeszcze niedawno nie chciałeś, hahahaaa… prawdziwy wilk morski!

- Nie, ja nie, tak, zwędziłem kapitanowi i postanowiłem Tobie przynieść.

- Uuuu… złodziejaszek na pokładzie? Ojjjj… nie ładnie.

Boy był wyraźnie zdenerwowany. Pomału zaczął się wycofywać na korytarz.

- Ejjjj… stój… gdzie idziesz? Dawaj butelkę! Rum kapitana jest lepszy niż te moje szczyny!

Postanowił pozostać w kajucie, był już pewien, musi dokończyć dzieła.

- Co tam u Ciebie?- zapytał Cuan, otwierając butelkę- na pewno nie chcesz?

- Nie, dzięki.

Widział przed sobą tylko mordercę, swojego przyszłego mordercę.

- Cuan, opowiedz mi coś o zumbi.

Cuan wypił pierwszą szklankę jednym duszkiem. Boy nie był pewien kiedy proszek zacznie działać. Czas dłużył się niesamowicie, nerwowo spoglądał na zegar, ale wiedział, że tak naprawdę nigdzie mu się nie śpieszy. Cuan snuł swoje opowieści, końca nie było widać.

- …i wiesz co ?

- Co ?- zapytał, już wyraźnie zniecierpliwiony

- Idę się odlać, zaraz wracam.- wybełkotał Cuan.

Zrobił trzy kroki i runął na podłogę. Spał. Był gotowy.

Chwycił Cuana za nogi i wywlókł go na pokład. Nie było łatwo, ale wiedział, że kapitan nie może tego zobaczyć. Nie teraz, taki był plan.

Kiedy zbliżał się do klatki z zumbi, wyraźnie czuł jego paskudny zapach i słyszał jego charczenie.

Poszedł na tył klatki sprawdził mocowanie zumbiego, było solidne.

Otwarł klatkę, stanął w drzwiach, podniósł Cuana do pionu chwyciwszy go pod pachy.

Zumbi zaczął się rzucać.

- No dobra, jednego mniej- pomyślał i rzucił Cuana pod nogi zumbiego.

Śmierdziel szarpał się, ale nadal był na uwięzi i nie mógł dopaść swojej ofiary.

Zamknął klatkę i poszedł do jej tylniej ścianki, poluzował mocowanie. Śmierdziel natychmiast rzucił się na Cuana. Odruchowo odwrócił wzrok, było ciemno ale wolał nie patrzeć.

Zumbi charczał i mlaskał, Cuana nie było słychać.

- Może tak duża ilość proszku na sen znieczuliła go zupełnie, a może zabiła?- pomyślał- Miejmy nadzieję, że nie. W końcu miał zostać kolejnym zumbi na sprzedaż.

Chłopiec dokładnie nie wiedział na czym polega przeistoczenie w śmierdziela, ale miał nadzieję, że jego plan zadziała. A plan wymagał dalszych ofiar. Plan, który uczyni go bogatym.

Pozbyć się kapitana.

W końcu pieniądz, to pieniądz, a on będzie nareszcie kimś.

Bez większego trudu wszedł do kajuty kapitana. Telsa leżał pijany na podłodze i bełkotał coś do siebie. Nie namyślając się długo, chwycił kapitana za nogi i wyciągnął na pokład. Nie był pewien.

Nie był tylko pewien ja pozbyć się kapitana. W głowie, gryzły się myśli. Woda, czy kolejny zumbi? Pieniądze czy sentyment? Wybrał wodę. Na tyle lubił kapitana, że tyle mógł dla Niego zrobić. Z wrzuceniem Telsy do morza nie było problemu.

Chlup…

Został sam na pokładzie. Musi sobie poradzić. Jeszcze dwa dni i będzie w porcie, musi się postarać.

 

- … ale będę bogaty- cały czas dźwięczało mu w głowie. Chwycił mocniej ster, teraz musiał uważać i wypatrywać umówionego znaku. Bał się, ale wiedział, że zdążył, był 31 grudnia, przed północą. Nagle, pośród paru świecących mdławym światłem lamp naftowych, dostrzegł tą która świeciła mocnym światłem i co parę sekund gasła na chwilę.

- Jest. Dobrze pamiętałem słowa kapitana. Wszystko się zgadza.

Pomału i jak najciszej jak tylko potrafił, zacumował łajbę przy falochronie. Czekał. Nagle w słabym świetle lamp, zauważył czarną postać w długim płaszczu, która trzymała srebrną laskę.

- Sama laska jest dużo warta, będzie dobrze- pomyślał.

Postać stanęła przy krawędzi falochronu, Boy zrzucił trap, mężczyzna wszedł na pokład.

- Gdzie kapitan?- spytał.

- Telsa wysiadł w porcie Downvill, razem z Cua… razem z pomocnikiem.

- Co? Co ten dureń sobie wyobraża? Co z towarem? Skończony idiota…

- Wszystko jest, lordzie a nawet więcej niż lord zamawiał…

- Nie nazywaj mnie lordem, nie tutaj!- mężczyzna prawie krzyczał.

- Przepraszam, ja…

- Dobra zamknij się, jesteś sam? – w głosie było słychać niedowierzanie.

- Tak, już mówiłem, że…

- Ładunek jest cały?

- Tak, jest nawet dwóch…

Postać w pelerynie rozejrzała się dokoła.

- Ciiiii…., prowadź mnie do nich.

Razem z lordem weszli w głąb statku. Zdjął szmaty z klatki, smród był okropny.

- Hmmm… dwóch, mowa była na razie o jednym…

- Kaptan mówił, że będzie Pan zadowolony.

- Zadowolony, jeśli „działa” to tak jak opisał kapitan, to będę zadowolony- powiedział- póki co musimy pomyśleć nad rozładunkiem. Sam nie dasz rady.

- Dam rade!- nie był pewien tego co mówi, ale wiedział, że musi.

Lord spojrzał na chłopca. Dokoła panowała cisza, nie licząc pomruków zumbi.

- Dobra, dawaj je do tego budynku- lord, wskazał mały budynek, jakieś dwadzieścia metrów od statku- a później zmykaj, jak kapitan przyjedzie to się z nim rozliczę.

- Nie!- wrzasnął, czół, że traci kontrolę na swoim planem- nie , kapitan kazał wziąć pieniądze i wrócić na statek, a później mam popłynąć do Niego.

- Hahahaha… mam Ci dać tak ogromną ilość pieniędzy? A wiesz, może nawet, ile mam Ci dać?

- Telsa powiedział, że za tego jednego zgodnie z umową, a za tego drugiego połowę i że liczy na Pańską uczciwość- chłopiec szedł na całość.

- Dobre sobie, mam Ci dać tyle pieniędzy? Dam Ci zaliczkę, resztę dostanie Telsa jak się zjawi!

-Pierdolony idiota, sknera, zabiję go. Cholera, mój plan

Nie wiedział co ma zrobić, myślał. Był pewien, że ma dużo więcej pieniędzy niż chciał mu dać.

- No i co?- zapytał lord, schodząc po trapie na ląd- No dawaj ich. Nie mam za bardzo czasu, mam jeszcze coś do załatwienia, wyraźnie było słychać ironię w jego głosie - dorożka czeka!

Już miał, kolejny plan.

- Już lord… Panie.

Wiedział, że największym problemem w tej chwili jest dla niego rozładunek śmierdzieli. Co do reszty miał plan. Musiał się tylko bardzo postarać. Wiedział, że bez ochrony jaką dawali Ci dwaj osiłkowie, którzy pewnie teraz są już karma dla ryb, będzie trudno. Bez ryzyka nic nie zyska. Musi sobie poradzić.

Z pierwszym śmierdzielem nie było większych problemów, chłopiec poluzował mocowanie i wyprowadził go z klatki, tak jak został tam wsadzony. Nawet się nie rzucał. W miarę spokojnie doprowadził go do budynku, tam przymocował do łańcuchów, zdjął drąg z jego głowy. Zumbi szarpnął, jednak łańcuchy były solidne.

- Dobra, teraz drugi.

Kiedy zakładał Cuanowi pętlę z drągiem na szyję, ten się bardzo szarpał, trochę to trwało nim udało się go zamocować. Podobnie jak poprzedniego, prowadził przodem, ten jednak nie był taki spokojny jak jego poprzednik.

Nagle zahaczył koszulą o balustradę na statku, zachwiał się i odruchowo, żeby nie wpaść do wody chwycił się jej. Drąg wypadł z dłoni, a jego ciężar spowodował, że osunął się po trapie i odpiął od szyi śmierdziela, zumbi był wolny. Śmierdziel zniknął między zabudowaniami portu.

- Jezu, co ja zrobiłem… moje pieniądze!

Zbiegł ze statku.

- Goń go!- krzyczał lord.

Boy podbiegł do mężczyzny.

- Niech Pan mi da cholerne pieniądze. Musimy uciekać.

To co się wydarzyło napawało go strachem, ale to co się będzie działo niedługo w całym mieście, jeszcze większym.

Lord wcisnął chłopcu woreczek z monetami.

- Ty uciekaj, ja muszę coś tu jeszcze załatwić.

Ruszył w stronę najbliższych zabudowań, rozglądając się dokoła. Czuł strach przed tym co może czaić się w ciemnościach i przed tym co ma zrobić.

Stanął w bezpiecznej odległości i obserwował lorda. To co później zobaczył napawało go obrzydzeniem, ale wiedział, że sam nie jest lepszy. Widział w ciemnościach kobiecą postać, widział jak lord wrzucił dziewczynę do środka i słyszał co się później działo.

Miał kolejny powód żeby pozbyć się lorda, kolejnego zwyrodnialca. Kiedy ciemna postać szła w stronę dorożki, tuż za nią podążała druga, Boy.

Lord wskoczył do dorożki i zamknął drzwi, chłopiec po cichu podszedł do woźnicy, wyjął nóż i przyłożył do jego gardła.

- Pomału zejdź, nie krzycz, odejdź jak najdalej, jak najciszej- wyszeptał do ucha woźnicy- rozumiesz?

Woźnica kiwną głową. Boy jedną ręką chwycił lejce, z drugiej nie wypuszczał noża, szarpnął, konie ruszyły w wskazanym kierunku.

Kierunku, który znał tylko on.

Kidy przejechali ostatni most wychodzącym z Samelvill, jego oczy, w ciemnościach,

dostrzegły kontury lasu.

Lasu, w którym miał się stać bogatym człowiekiem.

 

KONIEC

test

 

 

Zarchiwizowany

Ten temat przebywa obecnie w archiwum. Dodawanie nowych odpowiedzi zostało zablokowane.

×
×
  • Dodaj nową pozycję...