Skocz do zawartości
  • 👋 Witaj na MPCForum!

    Przeglądasz forum jako gość, co oznacza, że wiele świetnych funkcji jest jeszcze przed Tobą! 😎

    • Pełny dostęp do działów i ukrytych treści
    • Możliwość pisania i odpowiadania w tematach
    • System prywatnych wiadomości
    • Zbieranie reputacji i rozwijanie swojego profilu
    • Członkostwo w jednej z największych społeczności graczy

    👉 Dołączenie zajmie Ci mniej niż minutę – a zyskasz znacznie więcej!

    Zarejestruj się teraz

Własna powieść


Ahonen

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Witam wszystkich bardzo serdecznie :) Od pewnego czasu piszę własną powieść i pomyślałem żeby ją tutaj wstawić :) Zapraszam do komentowania i czekam na krytykę :)

 

 

 

 

CZĘŚĆ I

 

KLUCZ

 

Rozdział I

 

Właśnie wracałem ze szkoły do domu. Humor miałem okropny dzień należał do wyjątkowo

mało przyjemnych. W ogóle, cały ten rok był tak ciężki, że chcąc nie chcąc, nawet ktoś tak

mało przesądny jak ja, zacząłby wierzyć w pechową trzynastkę. Moje kłopoty zaczęły się

dokładnie w dzień po trzynastych urodzinach, gdy jeżdżąc na nartach złamałem sobie rękę.

Od tamtej pory problemom i zmartwieniom nie było końca; jednak dzień dzisiejszy był pod

tym względem szczególnie „udany”. A wszystko zaczęło się, jak tylko wszedłem do szkoły...

Czy można zmusić młodzież do spokojnego siedzenia w ławce w ciepły majowy dzień?

Poza tym, skoro nauczyciele nie chcieli, żebyśmy grali w piłkę na korytarzu, to nie należało

zostawiać otwartych drzwi do schowka ze sprzętem sportowym. Szkoda tylko, że to właśnie

ja musiałem trafić piłką w szybę oczywiście w tej samej chwili na korytarz diabli przynieśli

dyrektora i o żadnej ucieczce nie mogło być mowy. Wszystko skończyło się długą rozmową

w jego gabinecie i wezwaniem rodziców do szkoły.

Niestety, potem kłopoty runęły lawinowo cała ta sprawa zupełnie wytrąciła mnie z

równowagi i w efekcie dostałem pałę z fizyki, co znaczyło, że mogę się pożegnać z czwórką

na koniec roku i wypasionym komputerem, który obiecał mi ojciec, jeśli świadectwo będę

miał bez żadnej trójki. Z doświadczenia wiedziałem, że ojciec nie przyjmie żadnych

tłumaczeń: jest trójka, nie ma komputera.

Po tym wszystkim zupełnie nie spieszyło mi się do domu i wybrałem najdłuższą trasę, przez ugory. Kiedyś planowano tam zrobić park, ale w efekcie „wyrosły” na tym miejscu

tylko garaże.

Rozmyślając o swoich nieszczęściach, wlokłem się ścieżką między garażami, kopiąc

puszkę po konserwie. Puszka przypomniała mi o dzisiejszym meczu na korytarzu, wkurzyłem

się i kopnąłem ją tak, że grzmotnęła w blaszaną ścianę.

- Łobuzy! - wrzasnął ktoś ze środka.

- Ja wam zaraz porzucam kamieniami! A potem

rozległ się jakiś hurgot, jakby ktoś wyciągał kawał ciężkiego żelastwa.

Nie miałem chęci dowiadywać się, jaką broń znajdzie właściciel garażu runąłem przez krzaki i łopiany, rosnące tu w wielkiej obfitości. Goniły mnie przekleństwa i życzenia

wszystkiego najgorszego.

Gdy wyszedłem z krzaków po drugiej stronie ugorów, wyglądałem wypisz, wymaluj jak strach na wróble. Wszędzie miałem pełno rzepów, a moje nowe ubranie było pokryte warstwą pyłu i tak właśnie miałem się pokazać w domu. Wtedy zobaczyłem, że z przeciwka idzie

Swietka Małachowa, w której kochałem się potajemnie od klasy piątej jeszcze by tylko tego brakowało, żeby zobaczyła mnie w takim stanie! Przeklinając swój los, znowu władowałem się w krzaki uznałem, że i tak gorzej już nie będę wyglądał. Bardzo się myliłem. Kiedyś na tych nieużytkach stały domki jednorodzinne, dawno temu je wyburzono i przesiedlono

mieszkańców, jednak gdzieniegdzie trafiały się jeszcze piwnice i właśnie do jednej z nich

wpadłem. Na szczęście była niegłęboka, za to wypełniona wodą musiałem wyskakiwać z

niej w tempie przyspieszonym. No i teraz byłem już nie tylko brudny, ale też mokry. Stałem,

trzęsąc się z zimna i nie miałem nawet siły się wściekać ogarnęło mnie uczucie jakby

właśnie jednocześnie zwaliły się na mnie wszystkie nieprzyjemności, przygotowane na cale

moje życie.

Wyglądałem gorzej niż żałośnie: brudny, mokry i cały w rzepach, moje nowe ciuchy

można było śmiało wyrzucić na śmietnik. Ciągle jeszcze trzęsąc się z zimna, usiadłem na

kamieniu, zdjąłem buty i wylałem z nich wodę, potem starannie wyżąłem skarpetki. Gdy

sięgałem po buty, moja ręka natrafiła na coś metalowego, wystającego z ziemi. Zaskoczony ubrałem się szybko, wziąłem leżący w pobliżu kij i zacząłem wykopywać dziwny przedmiot.

Zajęcie pomogło mi się rozgrzać, ale wynik mnie rozczarował: okazało się, że to tylko klucz!

Trzeba jednak przyznać, że był piękny: wielkości mojej dłoni, miał nietypowy kształt i

ażurową główkę. Pewnie otwierał bramę jednego z domów, które kiedyś tu stały. Chociaż to

dziwne, że leżąc tyle czasu w ziemi, ciągle wyglądał jak nowy. Już miałem go wyrzucić, ale

przypomniałem sobie, co ostatnio przeżyłem i postanowiłem zatrzymać w charakterze

trofeum rekompensaty za wszystkie dzisiejsze nieprzyjemności. Wsunąłem klucz do

kieszeni i poszedłem do domu. Całe szczęście, że wpadając do wody, zdążyłem wypuścić

teczkę i nie zamoczyła się razem ze mną. Rzecz jasna nie chodziło mi o podręczniki, tylko o

czasopismo o broni białej, które pożyczył mi brat. Gdyby zamokło, brat chyba by mnie

zabił...

Nieużytki skończyły się, teraz szedłem ulicą, na szczęście o tej porze pustawą. Jakaś

babcia z wnuczkiem na mój widok przeszła na drugą stronę i stamtąd przyglądała mi się

podejrzliwie. Nieliczni przechodnie odprowadzali mnie zdumionymi spojrzeniami, a jakieś

dziewczyny zachichotały, wytykając mnie palcami.

-Idiotki - mruknąłem, ale przyspieszyłem kroku. Jeszcze nie daj Boże natknę się na

jakichś znajomych rodziców to dopiero byłaby afera...

- Chłopcze! Chłopcze, zaczekaj!

Odwróciłem się i zobaczyłem, że biegnie za mną jakiś facet. Z mimowolnym podziwem

zapatrzyłem się na jego atletyczną figurę, potem spojrzałem na siebie i westchnąłem.

Mężczyzna zatrzymał się przede mną i zaczął mi się przyglądać.

- Wołał mnie pan? zapytałem z głupia frant, pragnąc jak najszybciej uwolnić się od tego

człowieka.

- Tak, wołałem. Przecież to ty znalazłeś klucz na pustkowiu?

A ten skąd o tym wie?! Przecież nikogo tam nie było!

- Nie.

Mężczyzna przez jakiś czas milczał, jakby wsłuchiwał się w siebie.

- Kłamiesz - powiedział w końcu. - Posłuchaj, to klucz od bardzo ważnych drzwi, bez

niego nie zdołam ich otworzyć, a muszę to zrobić. Oddaj mi go, proszę... Zapłacę ci!

Propozycja od razu wzbudziła moją czujność.

- Niech pan wyłamie te drzwi.

- Nie mogę, tych drzwi nie da się wyłamać. Długo by wyjaśniać...

- A jak pan udowodni, że to pański klucz? Nie miałem najmniejszej ochoty rozstawać się ze swoim znaleziskiem, zwłaszcza gdy sobie przypomniałem, ile mnie ono kosztowało.

- Posłuchaj, dam ci za niego dwieście rubli. Wystarczy? Tego klucza nie można pomylić

z żadnym innym... W tym momencie mój rozmówca dokładnie go opisał.

- Teraz już przekonałeś się, że jest mój?

Przyznaję, że byłem naprawdę zdumiony. Co to za drzwi, że klucz był taki cenny?

- Trzysta - rzucił mężczyzna, niewłaściwie interpretując moje milczenie.

Gdybym po prostu znalazł ten klucz na drodze i gdyby dzisiejszy dzień nie był tak

parszywy, na pewno przyjąłbym propozycję. Jednak okoliczności, które doprowadziły do

znalezienia go sprawiły, że postanowiłem iść w zaparte.

- Nie mam pańskiego klucza. Jeśli tak bardzo go pan potrzebuje, to niech go pan szuka - odparłem niegrzecznie.

Mężczyzna westchnął.

- Chyba rozumiesz, że mogę cię po prostu przeszukać i zabrać ci klucz? Z pewnych

względów nie chcę tego robić, ale pamiętaj, że moja cierpliwość ma swoje granice. Wyjął

portfel i przeliczył pieniądze.

- Pięćset dwadzieścia trzy ruble, to wszystko, co mam przy

sobie. Ja daję ci pieniądze, a ty oddajesz mi klucz. Umowa stoi?

O rany! Naprawdę musiało mu zależeć na tym kluczu, skoro gotów był oddać całą

gotówkę! Ciekawe, co jest za drzwiami, które otwiera ten „złoty kluczyk”? Ha, teraz tym

bardziej nie chciałem się z nim rozstawać!

- Dobrze, zgoda... - zacząłem.

To, co stało się potem pamiętam jak przez mgłę. Czas jakby zwolnił i wydarzenia

wyglądały jak kadry z filmu. Wsuwam rękę do kieszeni, sięgając po klucz... mężczyzna

wyjmuje pieniądze z portfela... popycham go mocno i rzucam się do ucieczki... facet traci

równowagę i przewraca się...

Gdyby ktoś spytał mnie, czemu to zrobiłem, nie potrafiłbym odpowiedzieć. Po prostu nie

chciałem rozstawać się z tym kluczem wiem, że brzmi to głupio, ale tak właśnie było. No,

może jeszcze zaintrygowały mnie te tajemnicze drzwi, chociaż nie miałem żadnych szans na

ich odnalezienie... Pewien wpływ mogła mieć również moja wrodzona przekorność,

nasilająca się w napadzie złego humoru.

Mężczyzna doszedł do siebie znacznie szybciej, niż się spodziewałem i teraz biegł za

mną. Biegł w milczeniu i to źle wróżyło. Gdyby krzyczał, klął, znaczyłoby, że się poddał, że

prawie zwyciężyłem. Ale on ścigał mnie z zaciętymi ustami, wyraźnie przekonany, że zaraz

mnie dogoni. Wtedy naprawdę się przestraszyłem i pożałowałem tego, co zrobiłem, a wszystko z powodu jakiegoś tam klucza!

Czemu po prostu go nie oddałem? Wiedziałem, że długo nie wytrzymam takiego tempa;

co by nie mówić, moja kondycja pozostawiała wiele do życzenia. Rozpaczliwym zrywem

udało mi się oderwać od prześladowcy, ale ten wysiłek niemal całkowicie pozbawił mnie sił.

Miałem problemy ze złapaniem oddechu, czułem kłucie w boku...

Jak na złość na ulicy było pusto. W nadziei, że zgubię pościg w labiryncie domów i szop,

skręciłem w jakieś podwórko. I wtedy, biegnąc wzdłuż płotu, natknąłem się na drzwi: zwykłe,

drewniane, z metalowymi okuciami. Dziwne, nie pamiętam, żeby tu były jakieś drzwi... Nagle

poczułem, że coś poruszyło się w mojej kieszeni! Przestraszony, wsunąłem tam rękę i

wyjąłem klucz, który natychmiast pociągnął mnie w stronę zamka! Jak zahipnotyzowany

włożyłem go do dziurki, przekręciłem... Poruszał się lekko, nie stawiając oporu, drzwi

uchyliły się z cichym skrzypieniem. Kątem oka spostrzegłem, że na podwórko wpadł tamten

mężczyzna jednym ruchem wyszarpnąłem klucz, wsunąłem go do kieszeni i odwróciłem się.

Typ rozejrzał się na boki i rzucił w moją stronę, ale na widok uchylonych drzwi zbladł i stanął

jak wryty.

- Stój! - krzyknął. - Nie przechodź przez nie! Nic nie rozumiesz! To niebezpieczne!

Poczekaj, przysięgam, że nic ci nie zrobię! Porozmawiajmy! Obiecuję, że wszystko ci wyjaśnię!

Zrobił kilka kroków w moją stronę, a ja cofnąłem się, potknąłem i wpadłem prosto w

otwierające się usłużnie przejście.

- Nie! - usłyszałem rozpaczliwy krzyk, a potem zapadła cisza.

Opublikowano
Wątpie, że ktoś tutaj to przeczyta.

Tym samym zwątpiłeś we mnie, a to był błąd. Nie rozumiesz siły perswazji... ; *

 

@top

Przeczytałem i powiem tak, pisz więcej, ja chcę więcej ;-)

Takie coś warto przeczytać, warto kogoś docenić.

Opublikowano

@up

Tak się uśmiałem twoim sucharem aż.... Nie, jednak się nie uśmiałem.

 

Pierwsze 3 osoby za spam powinny dostać warna.

 

Ja przeczytałem. Może to nie mój klimat ale muszę przyznać że przyjemnie się czytało i jeżeli masz zamiar wrzucać więcej chętnie sobie w wolnej chwili poczytam.

Opublikowano

@UP

 

Na co ten spam? -.-

lol

 

pod sam koniec powieści łezka mi poleciała, dosyć wzruszające i pokazujące dzisiejsze realia oraz za czasów papieża jana pawła 2, proszę kontynuuj

fe7afd2c01dc5fe025c76fe9bf8c0b0e.jpeg
4to7r2K.png

Opublikowano

- No nie, ten chłopak wszystko zepsuł! - rozległo się w mojej głowie.

- Nie strasz go. Przecież widzisz, że jest stropiony i nic nie rozumie.

Rany boskie, czy ja tracę rozum?! Rozejrzałem się ostrożnie, ale nikogo nie zobaczyłem.

Jednak coś mnie zaniepokoiło... Ciężko mi było zebrać myśli, ale w końcu do mnie dotarło ﷿

za mną nie było już ani płotu, ani drzwi. Stałem na niewielkiej leśnej polance.

- Gdzie ja jestem? - spytałem, a zabrzmiało to bardzo żałośnie.

- Na Ziemi, w drugiej części Świata - znów odezwał się głos w mojej głowie.

- Władowałeś się w sprawę, która cię absolutnie nie dotyczy - dorzucił drugi głos ze

złością. - Czy ty chociaż rozumiesz, mały, coś ty narobił?!

- Nie krzycz na niego, przecież widać, że tego nie chciał i nic nie rozumie.

- I co nam z tego? Co teraz zrobimy? Mamy czekać kolejne pół wieku? Przecież przez ten

czas potęga Lśniącego wzrośnie niepomiernie! Kto go wtedy pokona?

- Masz rację, nie możemy czekać tak długo.

 

- A chłopiec? Czy on ma dar?

- Nie ma, sprawdziłem. Nie jest w stanie rzucić wyzwania, ale nie mamy wyboru: musimy

go wykorzystać.

Tego już było za wiele! Nie wiedziałem, czy wariuję czy nie, ale nie spodobało mi się, że

ktoś mną rozporządza!

- Hej, a spytaliście mnie, czy zgadzam się, żeby mnie wykorzystywać?

- A czy ktoś cię prosił, żebyś się nie pchał w nie swoje sprawy? - zareplikował jeden z

głosów. - Czemu nie oddałeś Klucza właścicielowi?

- A więc to wszystko z powodu klucza?

- Nie klucza, tylko Klucza - z wielkiej litery. To jedyny taki Klucz na świecie. Otwiera

przejście między światami... ale najlepiej wyjaśni ci to sam Mistrz. Ja się na tym za bardzo nie

znam.

- Wszystko jasne - jęknąłem. - Dostaję obłędu i rozmawiam sam ze sobą. I jeszcze się ze

sobą kłócę.

- Uspokój się, wszystko jest w porządku. Rozumiem, że nie łatwo ci to zaakceptować, ale znalazłeś się w innym świecie i to jest fakt. Tak jak powiedział Derron, Klucz otwiera przejście między światami i dzięki niemu dostałeś się do naszego.

- To znaczy, że znalazłem się w świecie równoległym?

- Świecie równoległym? A tak, słyszałem o tej hipotezie waszych uczonych, ale nie, to nie

jest to. Świat równoległy istnieje niezależnie, a tu wszystko jest bardziej złożone. Bardziej

odpowiednie byłoby określenie „prostopadły”, ale to również nie oddaje istoty sprawy i jest

nie do końca prawidłowe. Ciężko to wyjaśnić z marszu...

- Nie chcę żadnego innego świata, ani równoległego, ani prostopadłego! Ja chcę do

domu!

- No proszę, on chce do domu! - Rozległ się w mojej głowie złośliwy głos Derrona. - To

po coś brał Klucz? Czemu go nie oddałeś?

- Skąd mogłem wiedzieć, że tak wyjdzie? - próbowałem się usprawiedliwić.

- Ale wiedziałeś, że Klucz nie jest twój? Nikt ci nigdy nie mówił, że to nieładnie brać

cudze rzeczy? Dostałeś to, na co zasłużyłeś! Ale to już nawet nie o to chodzi, cały problem

polega na tym, że teraz przez ciebie ucierpi wielu ludzi!

- Derronie, nie wyżywaj się na dziecku. To również nasza wina. Należało lepiej ukryć

Klucz.

- Już to widzę! Przecież Klucz nikogo nie słucha! Zapomniałeś, ile trudu kosztowało cię

umieszczenie go w tym właśnie miejscu? Nawet ja, choć słabo orientuję się w tych waszych

sztuczkach, rozumiałem, że to było niełatwe. A teraz z powodu tego drobnego złodziejaszka

cała robota na nic!

O, tego już za wiele!

- Nie jestem złodziejaszkiem! - oburzyłem się, daremnie usiłując zrozumieć, z kim

rozmawiam.

- Aha, czyli jesteś już dużym złodziejem? - odparł zjadliwie Derron.

- Wcale nie! Znalazłem ten Klucz i świetnie o tym wiecie.

- O, wiemy, wiemy!

- Dość, Derronie. Czy nie widzisz, że i bez twoich kpin chłopcu jest ciężko? Przecież on

nic nie rozumie i jest wystraszony.

- Może mieć pretensje wyłącznie do siebie.

- Dobrze, w takim razie pomysł o tym, że jest naszą jedyną nadzieją. Bez jego pomocy nie

zdołamy przeciwstawić się Lśniącemu!

- A my jesteśmy jego jedyną nadzieją na powrót do domu.

- To zachowanie niegodne rycerza Zakonu, którym jesteś! Złożyłeś przysięgę, że zawsze będziesz pomagał tym, którzy są w potrzebie!

- Proszę o wybaczenie, Najwyższy - powiedział Derron, a w jego głosie dźwięczała

skrucha i zakłopotanie. - Postąpiłem niewłaściwie. Myślę, że już czas wyjaśnić naszemu

młodemu przyjacielowi, co się dzieje. Zdaje się, że zaczął poważnie wątpić, czy jest przy

zdrowych zmysłach.

O, tak, i już dawno przestałem cokolwiek rozumieć.

- Lepiej późno niż wcale - burknąłem. - Wyjaśnijcie mi najpierw, gdzie jesteście, bo mam

już dosyć tej rozmowy z głosami w głowie.

- I jeszcze mu się coś nie podoba!

- Derronie!

- Proszę o wybaczenie, Najwyższy.

- Niełatwo wyjaśnić wszystko od razu. Należałoby sięgnąć do historii... i chyba najlepiej

będzie, jeśli sam wszystko przeczytasz. W bibliotece zamku jest książka, która odpowie na

wszystkie twoje pytania.

- To macie tu również zamek?

- Niezupełnie zamek... Właściwie to Pałac Rady. W starożytnym mieście.

- I tam mieszkacie?

- W pewnym sensie... Widzisz, tak naprawdę umarliśmy dawno temu...

- Co takiego? Przepraszam, ale kto tu zwariował, ja czy wy?

 

- Nie przerywaj, młodzieńcze. A właśnie, jak brzmi twoje imię? Wybacz, powinniśmy byli

od tego zacząć, ale twoje przybycie nas zaskoczyło...

- Jegor... Gromów - dodałem po chwili.

- Mnie możesz nazywać Mistrzem. A ten drugi... hm... głos to Derron. Tak więc, Jegorze,

martwe są tylko nasze ciała, umysły nadał żyją, albowiem są nieśmiertelne. Zdołałem zawrzeć

swój umysł i umysł Derrona w krysztale, a ów kryształ znajduje się na tej wyspie i za jego

pośrednictwem kontaktujemy się z tobą.

- To znaczy, że to rozumny kryształ?

- W krysztale są tylko nasze umysły, nasza wiedza, ale kiedyś byliśmy ludźmi. Derron, jak

pewnie już zrozumiałeś, był rycerzem, i to jednym z najlepszych. Układano o nim pieśni! A ja

byłem potężnym magiem tej planety, Wielkim Mistrzem. Nic ci to nie powie, ale wierz mi, że

niegdyś sporo to znaczyło. Między innymi wymyśliłem sposób zamknięcia umysłu w specjalnie

hodowanym krysztale i wprowadziłem ten zamysł w życie - wyjaśnił cierpliwie Mistrz.

- Współczuję.

- Nie ma czego. Wykonujemy ważną misję i spoczywa na nas ogromna odpowiedzialność ﷿ i tu już możesz zacząć nam współczuć, a ja się z tobą zgodzę.

- Aha, jasne. Misję... no, no...

- Widzę, że nam nie wierzysz, Jegorze. Zrobimy tak: wyruszysz do Pałacu Rady i

zapoznasz się z historią naszego świata - wtedy będzie nam łatwiej rozmawiać. Powiem ci, jak

tam trafić.

- Nie chcę iść do żadnego pałacu ani zamku i nie chcę czytać waszej historii! Chcę

wrócić do domu! Mówiliście, że Klucz otwiera przejście między światami! To może znów je

otworzę i sobie pójdę?

- Czym otworzysz? - zapytał sucho Derron.

- No przecież mam Klucz!

- Pokaż.

Zacząłem grzebać w kieszeniach - Klucza nigdzie nie było.

- Zaraz, zaraz, czekajcie... Musi gdzieś tutaj być... Chwileczkę, na pewno mi wypadł...

Zaraz...

- Jegorze...

- Już, już... - Padłem na kolana i zacząłem szukać w trawie, usiłując odnaleźć Klucz.

- Jegorze, uspokój się. Nie znajdziesz go. Klucz został w twoim świecie.

- To nieprawda! Pamiętam, że miałem go w ręku! ﷿ To nieprawda! Pamiętam, że miałem go w ręku!

- Zrozum, Klucz należy do twojego świata i nie może go opuścić. Uspokój się, proszę, i

wysłuchaj mnie. Idź do pałacu i przeczytaj to, co ci wskażę. A potem porozmawiamy. Dobrze?

- A nie możecie po prostu odesłać mnie z powrotem? Przecież mówił pan, że jest pan

najsilniejszym magiem w tym świecie?

- O tym również porozmawiamy, ale dopiero wtedy, gdy zrobisz to, o co cię proszę.

- Dobrze - zgodziłem się, podnosząc się z kolan. - Niech pan pokaże drogę.

- Ależ ty wyglądasz! - prychnął Derron. - Nie kąpałeś się czasem w kałuży?

- A ty w ogóle nie wyglądasz - odciąłem się. Już kto jak kto, ale myślący kryształ nie

będzie wypowiadał się na temat mojego wyglądu! Zwłaszcza że miał sporo racji.

- Gdybym żył, kazałbym cię wychłostać. Czy nikt ci nie powiedział, jak należy odzywać się

do starszych? A ja jestem starszy od ciebie o kilkaset lat!

Nie zrobiło to na mnie większego wrażenia - za dużo niesamowitych rzeczy jak na jeden

dzień.

 

 

Jeśli będziecie chcieli dzisiaj jeszcze coś napiszę. :)

 

 

Opublikowano

jak dla mnie lepsze niz ten hary potter i eragon i takie inne dosyc glupie powiesci, mozesz pisac ja chetnie poczytam bardzo ladnie opisujesz

fe7afd2c01dc5fe025c76fe9bf8c0b0e.jpeg
4to7r2K.png

Opublikowano

- A wam nie mówili, że to nieładnie porywać dzieci?

- Ależ kto cię porywał? Sam tu przyszedłeś!

- Dość! Derronie, jego mogę zrozumieć, to jeszcze dziecko, ale czemu ty zachowujesz się jak młokos? Jakbyś się czuł, gdybyś znalazł się na miejscu Jegora? Żądam, żebyście natychmiast się przeprosili! Jeszcze długo będziemy musieli być razem...

Ja i Derron zareagowaliśmy niemal jednocześnie:

- Ja miałbym przepraszać jakieś tam widmo? I co to znaczy „długo”? Nie mam zamiaru

tu siedzieć!

- Mistrzu, chyba nie sądzisz, że będę przepraszał tego źle wychowanego, bezczelnego

smarkacza?

- Powiedziałem: natychmiast!

W głosie tajemniczego Mistrza zabrzmiała taka władczość, że o nieposłuszeństwie nie

mogło być mowy.

- Przepraszam, Derronie. Nie chciałem być nieuprzejmy. Po prostu miałem dziś ciężki

dzień.

- Ja również proszę o wybaczenie. Można powiedzieć, że obaj mieliśmy dziś niezbyt dobry

dzień.

- Dziękuję wam obu. Jegorze, idź w stronę słońca, a za kilka minut ujrzysz miasto.

Pośrodku niego, na wzgórzu, stoi Pałac Rad.

Cóż mogłem zrobić? Poszedłem. Mistrz miał rację - las skończył się szybko, wcale nie

był tak duży, jak mi się na początku wydawało. Za to wyraźnie było widać, że ostatni raz

ludzka stopa stanęła tu całe wieki temu - nie było żadnych traktów ani choćby wydeptanej

ścieżki. Wyszedłem z niego cały podrapany, a moje ubranie wyglądało jeszcze gorzej niż

przedtem - wyraźnie nie nadawało się do takich wycieczek.

Las docierał do samego miasta, w pewnych miejscach nawet wdzierał się na jego teren.

Zresztą, ciężko było nazwać to miastem - niegdyś brukowane ulice były kompletnie

zniszczone, rosła na nich trawa. Budynki po prawej i lewej stronie wyglądały żałośnie,

czasem tylko duża sterta kamieni znaczyła miejsce, gdzie niegdyś stal dom. Niektóre budowle

jednak ocalały: zniszczeniu uległy wszystkie drewniane elementy, ale ściany wyglądały na

mocne.

- Nie radziłbym tego robić - ostrzegł mnie Derron, gdy zrobiłem krok w stronę jednego z

budynków, by mu się dokładniej przyjrzeć. - Wszystkie te budowle mają po kilka tysięcy lat i

nigdy nie były remontowane. Mogą się rozpaść od kichnięcia...

Jakby na potwierdzenie jego słów, z jakiegoś domu, który wydawał się całkiem solidny,

wyleciało stado ptaków, a w środku rozległ się głośny trzask: po chwili tam, gdzie stał jeszcze

przed chwilą, teraz leżała sterta gruzu. Po czymś takim od razu odechciało mi się bliższych

oględzin i starałem się trzymać środka ulicy.

 

- Sic transit gloria mundi - tak przemija chwała tego świata. Oto niegdysiejsza

metropolia, Atl - rzekł Mistrz z goryczą. - Perła Morza Śródziemnego! Ludzie z całego świata

przybywali tu, by je podziwiać, nazywano je Diamentem Świata... Oto, co zostało z

niegdysiejszej sławy.

W głosie Mistrza zadźwięczał taki ból, że mimo woli poddałem się nastrojowi. Teraz

widziałem, że nawet ruiny zachowały dumne piękno majestatycznego niegdyś miasta. Jak

wspaniale musiało wyglądać w czasach swojej świetności! Przyłapałem się na myśli, że

bardzo chciałbym cofnąć się w czasie i zobaczyć, jak wtedy wyglądało.

To było coś zupełnie niesamowitego. Nigdy nie pociągała mnie architektura, ale w tej

było coś szczególnego. Jeśli architektura to zastygła w kamieniu muzyka, jak ktoś się kiedyś

wyraził, to w tych kamieniach zastygły wszystkie muzyczne arcydzieła, jakie kiedykolwiek

stworzył człowiek. Każdy z ocalałych domów miał własne, niepowtarzalne oblicze, każda

budowla była dziełem sztuki. Poczułem żal, że większość z nich leży w gruzach i ludzie już

nigdy nie ujrzą tych wspaniałości. Oczarowany, powoli wspiąłem się na wzgórze, co jakiś

czas zatrzymując się przed ocalałymi domami, przyglądając im się - z bezpiecznej odległości.

Byłem wdzięczny moim dziwnym rozmówcom, że nie poganiają mnie i nie odzywają się.

Chciałem być teraz sam... W tym momencie zupełnie zapomniałem o wszystkich swoich

problemach i do pałacu dotarłem jako najszczęśliwszy człowiek na świecie. Warto było się tu

znaleźć, już choćby po to, by ujrzeć ślady niegdysiejszej świetności.

 

Pałac wyglądał zupełnie inaczej - wielki, piękny i zupełnie niezniszczony. To była

ogromna budowla, a raczej wiele budowli, połączonych ze sobą w jeden wielki zespół

architektoniczny (właśnie to decydowało o jego niepowtarzalności) z ogromną przezroczystą

kopułą pośrodku.

- Kiedyś była tam sala Rady - odpowiedział Mistrz na moje niezadane pytanie. - Wejdziesz do pałacu przez te srebrne drzwi.

Gdy podszedłem, masywne wrota otworzyły się usłużnie przede mną. Zaskoczony,

cofnąłem się.

- Wejdź, nie bój się, to ja je otworzyłem.

- Ale czy nie mówiliście, że jesteście martwi? Jak mógł je pan otworzyć? - wykrztusiłem.

- Już powiedziałem, martwe jest tylko moje ciało - odparł Mistrz. - W granicach tej wyspy

zachowałem dawną potęgę. Jak sądzisz, dlaczego pałac nie został dotknięty zniszczeniem?

- Ee... nie wiem?

- Przypomnij sobie, przecież mówiłem, że jestem najpotężniejszym magiem na Ziemi. W

każdym razie - byłem nim za życia.

- Magiem? Myślałem, że pan żartuje. Przecież coś takiego jak magia nie istnieje!

- W twoim świecie nie, ale nie mówmy o tym na razie. Zrozumiesz wszystko, gdy wejdziesz

do biblioteki i przeczytasz księgę.

- Ale jeśli zdołał pan zachować pałac, to dlaczego nie zachował pan miasta? Tyle piękna

uległo zagładzie...

- Nawet moje siły mają swoje granice. Ale dość tych rozważań, na wszystko przyjdzie

czas. Wejdź do środka - widzisz świetliste pasmo? Zaprowadzi cię do jednej z komnat. Tam

znajdziesz czystą odzież i weźmiesz kąpiel. Gdy skończysz, zadzwoń dzwoneczkiem.

- Po co mi kąpiel? Przecież mówił pan, że mam coś przeczytać?

- Podejdź do lustra...

- Po co? - zerknąłem spode łba na masywne zwierciadło z ciemnego szkła w rzeźbionej

ramie, wiszące na końcu korytarza.

- Podejdź.

Wzruszyłem ramionami i wykonałem prośbę. No tak, wyglądałem tak, że gorzej już nie

można.

- Co i jak, podoba ci się?

- Nie.

- Czy naprawdę myślałeś, że wpuszczę cię do biblioteki w tym stanie? Tam znajdują się

unikalne księgi, białe kruki, istniejące w jednym jedynym egzemplarzu! Poza tym, myślę, że

kąpiel dobrze ci zrobi, tak czy inaczej.

 

- Na twoim miejscu posłuchałbym Mistrza - wtrącił się Derron. - Biblioteka to jego

ukochane dziecko. Zresztą, jeśli chcesz spędzić resztę życia pod postacią miotełki do kurzu, to

możesz spróbować wejść do biblioteki nawet w tym stanie.

- Żartuje pan? - Przełknąłem gulę w gardle.

- Ależ skąd. Może Mistrz jest martwy, ale w granicach wyspy zachował dawną potęgę.

- To chyba pójdę się przebrać.

- Bardzo rozsądna decyzja. Tylko nie zapomnij się najpierw umyć.

- Derronie, nie powinieneś był go straszyć!

- Nie wygląda na wystraszonego. Nawet mi się podoba i myślę, że zgodzi się nam pomóc.

- Taką mam nadzieję. Ten chłopak to nasza jedyna nadzieja w walce ze Lśniącym...

To było ostatnie, co usłyszałem, zanim głosy umilkły.

Ciekawe, co to za Lśniący i czemu jestem jedyną nadzieją? Mogłem tylko sam mieć

nadzieję, że naprawdę już niedługo wszystko zrozumiem.

 

 

Rozdział 2 ...

 

I kolejna część :)

Opublikowano

Świetlisty pas doprowadził mnie do drzwi - jednych z wielu. Ostrożnie wszedłem do

pomieszczenia i rozejrzałem się. Komnata przypominała pokój w luksusowym hotelu, jakie

zdarzało mi się widzieć na filmach. Co prawda, nie było tu telefonu czy telewizora, ale cała

reszta porażała luksusem. Miękkie dywany na podłodze, aksamitne portiery w oknach,

ażurowy drewniany stolik, krzesła, zwisający z sufitu wielki kryształowy żyrandol z

dziwnymi matowymi kulami zamiast żarówek. Pod ścianą stało wielkie łóżko, na którym

leżało ubranie. Nie wiem dlaczego, ale byłem pewien, że będzie na mnie dobre. Wszystko

wskazywało na to, że czekano tu na mnie i przygotowano wszystko, co niezbędne.

W ścianie obok łóżka tkwiły jeszcze jedne drzwi. Rzuciłem teczkę w kąt pokoju,

podszedłem do nich, zaciekawiony otworzyłem i zajrzałem do środka - okazało się, że to

łazienka z toaletą. Na haczykach wisiały ręczniki, na półkach leżały gąbki, szczotki, stały

liczne flakoniki z różnymi płynami. Na środku przestronnego pomieszczenia umieszczono

wannę - wyglądała jak gigantyczny żółw, który zamiast pancerza miał zbiornik wypełniony

wodą. „Żółwia” wykonano z nieznanego mi kamienia, z jednej bryły, a wszystkie elementy

zrobiono bardzo kunsztownie. Ciekawe, jak się do niego nalewa wodę i jak się ją potem

wymienia? Nie zauważyłem żadnego odpływu ani rury... Dreptałem niepewnie obok wanny,

nie mając odwagi wejść do tego dzieła sztuki, jednak mój wygląd tak bardzo kontrastował z

panującą wokół czystością, że postanowiłem jak najszybciej pozbyć się ubrania i zmyć z

siebie brud.

Zdejmując to, co zostało z mojej odzieży, ostrożnie sprawdziłem wodę: była gorąca i

niesamowicie delikatna, jeśli można tak powiedzieć o wodzie. Nie wahając się dłużej,

wszedłem do wanny i od razu zanurzyłem się cały. Rany, ale super! Tylko ktoś, kto skąpał się

w kałuży, zmarzł na chłodnym majowym wietrze, a potem jeszcze podrapał się, przedzierając

przez las, byłby w stanie rozumieć, co teraz czułem. Odprężony, wyciągnąłem się w wodzie

na całą długość i zamknąłem oczy. Bardzo fajnie się leżało, zwłaszcza że był tu specjalny

podgłówek, utrzymujący głowę nad wodą...

 

Nawet nie zauważyłem, kiedy zasnąłem - obudziło mnie jakby brzęczenie w głowie. Nie

miałem ochoty budzić się i spróbowałem je zignorować, ale stawało się coraz głośniejsze i

coraz bardziej natrętne.

- Długo bierzesz kąpiel, jak na człowieka, który jeszcze niedawno płonął pragnieniem

zrozumienia wszystkiego jak najprędzej - rozległ się w mojej głowie głos Derrona. - Gdyby

nie oczywiste dowody, pomyślałbym, że nie jesteś mężczyzną, tylko rozpieszczoną dzierlatką.

Zaczerwieniłem się.

- Zawsze podgląda pan tych, którzy się kąpią? - rzuciłem wojowniczo.

- Po pierwsze, jesteś tu pierwszym gościem od kilkuset lat i nigdy nie miałem okazji

nikogo podglądać; po drugie, gdybym chciał kogoś podejrzeć, wybrałbym ciekawszy obiekt, a

po trzecie, przysłał mnie Mistrz, żebym sprawdził, co tu robisz od trzech godzin.

- Trzech godzin?! - zawołałem, wyskakując z wanny. - Dlaczego mnie pan wcześniej nie

obudził?!

- Musiałeś odpocząć, a woda w wannie ma pewne niezwykłe właściwości.

- Woda..? - Obejrzałem się za siebie. Po wszystkich dzisiejszych przygodach byłem

brudny jak kominiarz po pracy i wyglądałem raczej na bezdomnego niż na ucznia. Teraz

byłem nie tylko czysty, znikły także wszystkie moje skaleczenia - a woda w wannie nawet nie

zmętniała, nadal była krystalicznie przejrzysta.

- I czemu się tu dziwić? - Derron zareagował na moje zdumienie. - Przecież jesteś w

świecie magii!

- A gdzie moje ubranie? - zapytałem, rozglądając się na boki i ignorując słowa rycerza.

- Włóż to, które leży na łóżku. Wybacz, ale nawet magia nie zdołała przywrócić twego

stroju do pierwotnego stanu.

- Gdzie ono jest?! - Strasznie nie chciałem rozstawać się z moimi rzeczami, wydawały mi

się jedyną nitką, łączącą mnie z moim światem... Jeśli to wszystko, co usłyszałem do tej pory

było prawdą.

- Skoro twoje ubranie jest dla ciebie tak ważne, znajdziesz je przy swojej torbie z

księgami.

Najwyraźniej mówił o mojej teczce.

- Przecież powiedział pan, że je wyrzuciliście?

- To niewłaściwe słowo. Usunęliśmy, a teraz zwróciliśmy, to nietrudne. Jak, według

ciebie, zabraliśmy je z twojej komnaty?

- Magia?

- Magia zabrała, magia oddała. W tym miejscu wszystko jest magia, ono samo istnieje

 

wyłącznie dzięki magii.

Odechciało mi się zadawać pytania i po prostu poszedłem do łóżka. Moje łachy leżały na

stole, obok nich znalazłem również teczkę.

- Taak... - Podrapałem się po karku. Jeśli nawet powodowany czystym uporem chciałem

włożyć swoje stare ubranie, to teraz ta chęć zniknęła. Już sama myśl o tym, że miałbym

wkładać te brudne szmaty budziła we mnie wstręt. Pozostawało tylko jedno - przyjąć

propozycję gospodarzy.

Wszystkie wątpliwości rozwiały się, gdy tylko dotknąłem swoich nowych rzeczy.

Ubranie było piękne, nadspodziewanie lekkie i delikatne. Zapinając ostatni guzik, podszedłem

do lustra. Ciemne spodnie i srebrzystą koszulę wykonano z nieznanego mi, miękkiego, ale

trwałego materiału, talię opinał skórzany pas ze srebrną klamrą, na której widniał

wygrawerowany sokół w locie. Strój uzupełniały wygodne półbuty z miękkiej skóry. Gdy je

włożyłem, jakby opięły moje stopy i stały się niemal nieodczuwalne. Szkoda, że nie było

płaszcza, mógłbym nim efektownie machnąć przed lustrem...

- Nacieszyłeś się już swoim odbiciem? - zapytał Derron.

- Dalej pan podgląda? - rzuciłem, usiłując ukryć zmieszanie.

- Owszem. Przecież masz świadomość mojej obecności.

- Jak trafić do biblioteki? - spytałem, nie chcąc się kłócić.

- Tak samo, jak trafiłeś do tej komnaty. Idź za pasmem światła.

- Nareszcie! Gdzieście się podziewali?

- Wszystko w porządku, Mistrzu. Nasz młody przyjaciel postanowił przespać się w

wannie.

- Cóż... zapewne tego właśnie było mu trzeba.

- Może przestaniecie rozmawiać o mnie tak, jakby mnie tu nie było? Lepiej wyjaśnijcie,

gdzie się znalazłem i co się ze mną dzieje?

- Uzbrój się w cierpliwość, Jegorze. I tak niczego nie zrozumiesz, dopóki nie przeczytasz

księgi. I wierz mi, naprawdę przykro nam, że tak się złożyło.

- To wszystko wydarzyło się przez Lśniącego? - rzuciłem na chybił trafił.

Przez jakiś czas panowało milczenie.

- Chłopak jest bystrzejszy niż sądziliśmy, Derronie - odezwał się w końcu Mistrz,

najwyraźniej zadowolony. - Myślę, że mimo wszystko mamy szanse na zwycięstwo. A ty,

Jegorze, nie spiesz się, wszystkiego dowiesz się w swoim czasie.

- Byłoby znacznie lepiej, gdyby po prostu oddal Klucz właścicielowi.

 

- Derronie, już o tym rozmawialiśmy. Rozpamiętując to, co się stało, wyłącznie tracisz

czas. Jeśli nie można zmienić tego, co się stało, należy działać i korzystać z tego, co mamy.

Trzeba się z tym pogodzić i zrobić wszystko, co w naszej mocy, by pomóc Jegorowi i sobie

samym. Ale oto jesteśmy na miejscu...

- Zaczekajcie! - zawołałem, bo wpadła mi do głowy niespodziewana myśl. - Jak

przeczytam tę książkę, skoro jest napisana w waszym języku?

- A jak z nami rozmawiasz?

- A to nie wy ze mną rozmawiacie?

- Nie. Po przejściu zaczynasz władać językiem tego kraju, w którym się pojawiłeś - takie

są prawa przejścia. W tym wypadku jest to język używany w starożytnym Atl. Sam rozumiesz,

że we współczesnym świecie nie jest zbyt przydatny, od dawna nikt się nim nie posługuje,

dlatego dodatkowo wyposażyłem cię w znajomość kilku najbardziej rozpowszechnionych

języków w świecie magii. To niezbyt trudne, zwłaszcza że czekaliśmy na człowieka z twojego

świata i przygotowywaliśmy się do tego. Możesz się nie denerwować, wszystko będzie w

porządku, będziesz musiał jedynie trochę potrenować. Magia nie jest rzeczą zbyt pewną, ale

to nic...

- To znaczy, że teraz posługuję się waszym językiem? - spytałem z niedowierzaniem.

- Tak. Jeśli nie wierzysz, możesz spróbować powiedzieć coś w swoim.

Spróbowałem i zamarłem z wrażenia. Słowa były znajome, ale brzmiały dziwnie... Przy

drugim zdaniu zrozumiałem, że brzmią dziwnie tylko wtedy, gdy porównuję je z tymi

wypowiadanymi wcześniej... To znaczy, że moi rozmówcy mieli rację i rozmawiałem z nimi

w języku innym niż rosyjski - i mimo to świetnie go rozumiałem.

- I mogę również czytać książki napisane w tym języku?

- To jedna z zasad przejścia. W świecie, do którego przeszedłeś potrafisz robić to

wszystko, co umiałeś robić w swoim. Dałem ci znajomość naszego języka, jednak gdybyś w

swoim świecie nie umiał czytać, nie zdołałbyś zrobić tego tutaj. Podobnie z umiejętnością

pisania.

- A gdybym nie umiał mówić? Chociaż nie, to chyba głupie pytanie...

Nic dziwnego, że pominięto je milczeniem, a chwilę potem otworzyły się przede mną

drzwi.

- To znów wasza magia? - spytałem podejrzliwie. Zaakceptowanie tych wszystkich

dziwów przychodziło mi z trudem.

- Nie bój się, wejdź - rzekł Mistrz.

- A wyglądam na przestraszonego? - obruszyłem się i przekroczyłem próg.

 

No i kolejna część :) Mam nadzieję, że się Wam miło to czyta :D

Opublikowano

Czlowieku! Nie wstawiaj wiecej czesci! Jeszcze ktos to splagiatuje! Radzilbym ci edytowac temat, wszystkie posty i usunac te rozdzoaly.

 

Cały czas trwa dyskusja na temat przewagi DJów nad funkcją shuffle w winampie ~Paulo Coelho

Opublikowano

Sama treść jest przyzwoita i miło się to czyta (pewnie dlatego, że piszesz językiem skierowanym do młodzieży), ale pasowałoby w niektórych miejscach korekty tekstu. Nie, nie mam tyle wolnego czasu żeby przeczytać to wszystko co napisałeś :D (przeczytałem to z pierwszego posta i zerknąłem odrobinkę na resztę)

No i zrób to co mówi up.

Opublikowano

Taak, biblioteka robiła spore wrażenie... Wydawało się, że regały z książkami biegną w

nieskończoność; od podłogi do sufitu, od jednej ściany do drugiej - wszędzie były książki.

Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się oglądać tylu książek naraz.

I tylko w jednym miejscu ciąg półek przerywały trzy wysokie, sięgające do sufitu okna.

Pod nimi stało kilka stołów i miękkich sof i dwa zagadkowe instrumenty. Do pionowych

uchwytów umocowano obracający się drewniany bęben, a z przodu i poniżej - dwa uchwyty

dla drugiego identycznego bębna.

- Co to jest? - zapytałem, badając dziwny przedmiot.

- Stolik do czytania.

- Jak to? A gdzie tu można położyć książkę? I po co ten górny bęben? Przecież na pewno

niewygodnie się na nim czyta!

- Bo to nie jest stolik do książek. Zresztą, przyda ci się, przysuń go bliżej okna. O, tak. A

teraz szukaj trzeciego sektora, licząc od drzwi.

Znalazłem i podszedłem do regału.

- Trzecia półka od dołu.

- Zaraz, zaraz... - pochyliłem się. - Mam.

- Widzisz drewniane drzwiczki? Otwórz je.

Otworzyłem drzwiczki i zobaczyłem, że w środku szafka podzielona jest na kwadratowe

przegródki i w każdej z nich leży podłużna drewniana skrzynka.

- Skrytka numer czternaście.

Odnalazłem ją i wyjąłem futerał. Miał około pół metra długości i był zdumiewająco

lekki, choć sprawiał wrażenie masywnego.

- I co mam z nim zrobić? - zapytałem, zastanawiając się, co można trzymać w takim

pudełku.

- Idź do tego „dziwnego instrumentu”, bo zdaje się, że tak go nazwałeś?

Wzruszyłem ramionami i podszedłem do stolika, który uprzednio przysunąłem do okna.

Z boku miał niewielką półeczkę. Oceniłem na oko jej rozmiar, spojrzałem na pudełko w

moich rękach - pasowały do siebie tak idealnie, że nie mógł to być przypadek. Postawiłem

futerał na półeczce.

- Dobrze?

- Dobrze. A teraz go otwórz.

Zaciekawiony, otworzyłem pudełko i wyjąłem stamtąd pokrowiec. W środku było coś, co

przypominało szpulkę do nici, tylko ogromną, a zamiast nici był papier, chociaż nie, jak na

papier materiał był zbyt ścisły... To musiał być pergamin. Zauważyłem, że z obu końców szpulki wystawał uchwyt i spytałem:

- Co to jest?

- To zwój.

- Zwój? - Szczerze powiedziawszy, inaczej wyobrażałem sobie zwój... - I co mam z nim

zrobić?

- Widzisz te uchwyty po bokach? Umocuj je w zaciskach stolika. O, tak dobrze.

Zwój został umocowany w wyżłobieniach; teraz już nietrudno było domyślić się, co

należy zrobić: odwinąłem fragment zwoju i umocowałem brzeg w górnym bębnie. Następnie,

kręcąc specjalną rączką, nawinąłem zwój, umieszczając tekst przed oczami. I teraz już można

czytać!

- Ale technika! Nie można było zrobić zwykłej książki? I łatwiej, i wygodniej.

- Takich książek, jakie znasz, używa się w naszym świecie dopiero od tysiąca lat. Ten

zwój to również księga, tylko bardzo stara. Gdy ją pisałem, „zwykle” książki jeszcze nie

zostały wynalezione.

- Pan to napisał?

- Ja. Cóż w tym dziwnego? Nie mieszka tu nikt poza mną i Derronem. Rzecz jasna, jestem

pełen podziwu dla jego rycerskich umiejętności, ale on nie jest uczonym i bardzo wątpię, czy

w ciągu całego swojego życia napisał choć jedną stronę. Z całym szacunkiem.

- W moim życiu było mi to zupełnie niepotrzebne, zwykłe zawracanie głowy. - Czy mi się

zdawało, czy w głosie rycerza brzmiał żal?

 

- Dobrze, Derronie, nie przeszkadzajmy chłopcu, niech czyta. Jegorze, jak czegoś nie

zrozumiesz, pytaj, będziemy w pobliżu.

Skinąłem głową i spojrzałem na zwój. Litery wyglądały obco, ale z każdą chwilą tekst

stawał się coraz bardziej zrozumiały. W końcu mogłem przeczytać pierwsze słowo; dalej było

już prościej, drugie zdanie przeczytałem z taką łatwością, jakby napisano je w moim

ojczystym języku. Przysunąłem się bliżej i zagłębiłem w lekturze...

 

Krótka część i niedługo wstawię całą historię napisaną przez Mistrza ;)

Opublikowano

Ja, Wielki Mistrz, ostatni przewodniczący Wielkiej Rady Magii, piszę owe słowa w

nadziei, że kiedyś przydadzą się przyszłym pokoleniom. Uważam za swój najwyższy obowiązek

opowiedzieć o czasach Rozłamu Świata, a także o przyczynach tegoż. Pozwólże mi

opowiedzieć o tych wielkich i tragicznych zdarzeniach, które teraz, kiedy snuję swą opowieść,

uległy zapomnieniu w obu światach. Oto latopis czasów poprzedzających Rozłam i samego

Rozłamu, czytaj go bacznie, nieznany mi czytelniku, i wierz temu, co czytasz, albowiem ja -

piszący te słowa, byłem świadkiem i uczestnikiem tego, co opisałem.

- Że co? - spojrzałem w osłupieniu na zwój, zastanawiając się, czy dobrze zrozumiałem

poszczególne słowa. - Co to za „Słowo o wyprawie Igora”? Przepraszam bardzo, nie można

było napisać jakoś prościej, bez tego wszystkiego?

- Opowieść jest utrzymana w stylu tamtych czasów - wyjaśnił Mistrz, którego moja uwaga

chyba uraziła. - Tekst w istocie może wydawać się nieco archaiczny, ale to nic, wziąłem to

pod uwagę... Przecież nie wiedziałem, kiedy ktoś będzie czytał ten tekst, dlatego zrobiłem tak,

żeby styl automatycznie dostrajał się do czytającego. Dalej będzie prościej.

- No, no... - W tym momencie przyszło mi coś do głowy i zachichotałem. Ciekawe, jak

tekst dopasowałby się do „nowego Rosjanina”? Już to sobie wyobrażam: „Ja, najgłówniejszy

mafiozo, ostatni szefu Wielkiej Rady czysto konkretnych bossów, mówię wam, w naturze, o

tym, jeśli jeszcze nie zatrybiliście, że wszyscy moi potomkowie...” - I przy tym powinien

jeszcze charakterystycznie rozczapierzać palce. Zobaczyłem to oczami wyobraźni, nie

wytrzymałem i parsknąłem śmiechem.

- Jegorze, czy wszystko w porządku? - Mistrz był zaniepokojony i stropiony jednocześnie.

Próbowałem odpowiedzieć przez śmiech, nie udało mi się, dopiero po dłuższej chwili

wykrztusiłem:

- Nic, nic, wszystko dobrze. To tylko tak...

- Nie wiedziałem, że Mistrz pisze takie śmieszne rzeczy - wtrącił się Derron, również

zakłopotany moim śmiechem. - Może później też sobie poczytam.

- Nie rozumiem, co tam może być śmiesznego, mowa jest o samych poważnych sprawach!

- Mistrz był wyraźnie niezadowolony.

W końcu uspokoiłem się i mogłem wrócić do czytania, tylko od czasu do czasu wyrywał

mi się krótki chichot.

W tamtych czasach świat był jednością, magia i technologia istniały w nim równolegle.

Powstawały państwa, rozwijał się handel, kwitły rzemiosła. To był zaiste złoty wiek. Wielkie

państwa powstawały w Azji Mniejszej, Afryce Północnej, na Kontynencie Zachodnim.

Największym zaś były Indie, państwo położone na gigantycznym półwyspie, omywane wodami

oceanu. Na Ziemi panował pokój i dobrobyt.

- To znaczy, że to wszystko naprawdę działo się kiedyś na naszej Ziemi? - zapytałem

zdumiony.

- Tak. Teraz, po kilku tysiącach lat, nikt już nie pamięta o tamtych czasach, istniejące

wówczas cywilizacje zostawiły zbyt mało śladów. Zrozumiesz powód, gdy doczytasz do końca.

Oczywiście pewne pozostałości tamtej epoki zachowały się do dziś, na przykład ruiny

starożytnych miast w indyjskiej dżungli... To okruchy cywilizacji tamtych czasów.

- Ciekawe... - Podrapałem się po karku i wróciłem do lektury.

Przeminęły już czasy, gdy wielkie imperia rosły w siłę. Magia sprzyjała handlowi, który z

kolei wzbogacał państwa, powstające ze skrawków imperiów. Jednak pokój na Ziemi nie

trwał długo, a zagrożenie nadeszło jak zwykle niespodziewanie. I znów, jak za dawnych

czasów, w głowach władców pojawiły się myśli o panowaniu nad światem. W tajnych

laboratoriach powstawała nowa broń, a współistnienie magii i technologii stało się

śmiertelnie niebezpieczne dla świata. Nie wiadomo teraz, kiedy niejasne zagrożenie stało się

brutalną prawdą, w każdym razie to, co do tej pory uważano za największe dobrodziejstwo, w

pewnym momencie zaczęło grozić ludziom straszliwą, nieuchronną zagładą. Gdyby kilka

stuleci wcześniej nie powstała Wielka Rada Magii, zagrożenie mogłoby zupełnie umknąć

uwadze magów - aż strach pomyśleć, do czego mogłoby to doprowadzić! Ponieważ nie wiem,

mój czytelniku, czy dotrze do ciebie pamięć o Radzie, ośmielę się oderwać na chwilę od

zasadniczego tematu i opowiedzieć ci o czasach, gdy pojawiła się Wielka Rada.

 

Mistrzowie, jak wówczas nazywano magów, nieustannie ze sobą rywalizowali. W swej

niepomiernej pysze szczuli na siebie w bezsensownych wojnach całe państwa i narody,

obalali prawowitych władców i sami wstępowali na tron. Rzecz jasna to wszystko nie

przydawało im popularności - liczne ziemie ogarnęła pożoga powstań przeciwko

uzurpatorom. Ponieważ nie można było tolerować dłużej podobnej sytuacji, dwunastu

najpotężniejszych Mistrzów - tylu, ile było wszystkich wielkich państw na Ziemi - zebrało się,

by stworzyć Wielką Radę Magii, zaś z tych dwunastu wybrano Wielkiego Mistrza, który stanął

na jej czele. Jego siedzibą został pałac na bezludnej wyspie Morza Śródziemnego, gdzie z

biegiem czasu wyrosło całe miasto. Rada Magii położyła kres wybrykom i samowoli Mistrzów

i przyjęła surowe prawa ograniczające ich działalność. Dwunastu Mistrzów z Rady zaczęło

mienić się Magami, a z czasem ludzie zaczęli nazywać ich Wielkimi Magami.

Dość szybko Rada zdobyła uznanie i wdzięczność narodów - naczelne ustanowione przez

nią prawo głosiło, że Mistrz - nigdy i w żadnych okolicznościach - nie może zostać władcą

państwa. To zaskarbiło Radzie uznanie i powszechne wsparcie wszystkich dynastii

panujących. Kilka procesów pokazowych wystarczyło, by żaden Mistrz nie śmiał łamać praw

ustanowionych przez Radę. Przewaga Prawa nad Siłą stała się główną zasługą Rady.

Sto lat później Rada cieszyła się już niepodważalnym autorytetem. Magowie okazali

 

wielką mądrość, postanawiając, że nie będą ingerować w sprawy zwykłych ludzi - przyjęli

jedynie rolę pośredników pomiędzy prostymi ludźmi i Mistrzami. Niestety, Rada nie od razu

zajęła się badaniem natury wspólnego świata, poświęcając się innym, jak sądzono, znacznie

ważniejszym i pilniejszym sprawom - rychło okazało się, jak tragiczne następstwa miała ta

krótkowzroczność. Być może, gdyby wtedy poświęcono więcej uwagi badaniom naukowym,

później nie byłoby konieczności podejmowania tak dramatycznej decyzji i Ziemia pozostałaby

jedną całością. Niestety, nie zawsze dzieje się tak, jak byśmy tego pragnęli.

Zostałem dwunastym z kolei Wielkim Mistrzem, a ponieważ liczbę „dwanaście” uważano

za szczęśliwą, wróżono mi długie i wspaniałe panowanie. Kto mógł przewidzieć, że właśnie ja

będę musiał podjąć najbardziej nieprzyjemną ze wszystkich decyzji, jaką kiedykolwiek

przyszło podejmować śmiertelnikom? Że właśnie na moich barkach spocznie

odpowiedzialność za los całego świata?

- Czyli tak właściwie to był pan władcą całej planety?

 

- Nie, Jegorze. To nie leżało w moich kompetencjach - czytałeś przecież o funkcjach

Rady. Nie przetrwałaby długo, gdyby próbowała przejąć władzę nad światem. Wprawdzie

byliśmy potężnymi magami, ale nie byliśmy bogami. Dwunastu magów, nieważne, jak

potężnych, nie mogłoby władać planetą. Czytaj dalej...

Skinąłem głową i wróciłem do tekstu:

Nazajutrz po tym, jak zostałem Wielkim Mistrzem zjawił się u mnie jeden z magów,

Lennor, i opowiedział, że w trakcie swoich badań dostrzegł niebezpieczeństwo, jakie zawisło

nad światem. Jak twierdził, rosło ono z każdym stuleciem i groziło zagładą wszystkiego, co

żyje. Przy tej drodze rozwoju, którą podążali ludzie, współistnienie magii i technologii groziło

powszechną katastrofą. Zwołano nadzwyczajne zebranie Rady, na której Lennor

poinformował wszystkich o wynikach swoich badań. Postanowiono jak najstaranniej zbadać

potencjalne zagrożenie, sprawdzić prawdopodobieństwo jego zaistnienia i możliwość

uniknięcia. Przez trzydzieści lat magowie Rady pracowali bez chwili wytchnienia, zdobywając

informacje, prowadząc badania i przeprowadzając wyliczenia. Przez trzydzieści lat

obserwowano różne państwa na różnych kontynentach, porównując drogi ich rozwoju,

stawiano i obalano liczne hipotezy, jednak wniosek był zawsze jeden - nieuchronna zagłada.

Ludzie odrzucili drogę Rozumu, poszli drogą Siły i Władzy. Tylko my widzieliśmy mającą

nadejść katastrofę i tylko my rozumieliśmy, że czas pokojowego rozwiązywania problemów

 

przeminął. Droga Władzy i Siły zawsze jest łatwiejsza i bardziej kusząca niż droga Rozumu,

jednak nieuchronnie prowadzi do zagłady, a ludzie zaszli zbyt daleko, by udało im się z niej

zawrócić. Mogliśmy zrobić tylko jedno: podzielić Ziemię na dwa światy: w pierwszym miała

królować Technika, w drugim Magia. Nie mogło to całkowicie uratować świata, ale dawało

mu czas: ludzkość mogła opamiętać się i zrozumieć, że znajduje się na prostej drodze ku

zagładzie.

Nie była to łatwa decyzja, niestety, stanowiła jedyną możliwość. W niej również kryło się

niebezpieczeństwo: w trakcie podziału Ziemia mogła zostać unicestwiona. Musieliśmy

wybierać pomiędzy ryzykiem natychmiastowej śmierci a nieuchronnością długiej i krwawej

agonii, i dokonaliśmy tego wyboru. Nie sądź nas zbyt surowo, mój czytelniku, wszak nasza

decyzja mogła zgubić, ale mogła też uratować Ziemię.

- No nie! - zawołałem, odrywając się od czytania. - Czyli wychodzi na to, że dwunastu

ludzi dokonało wyboru w imieniu całej ludzkości, decydując, co będzie dla niej lepsze?! Czy

czasem nie przesadziliście?

- Nim zaczniesz nas osądzać, najpierw dowiedz się tyle, ile wiedzieliśmy my. Czy myślisz,

że było nam łatwo podjąć taką decyzję? Poza tym, weź pod uwagę, że w razie zagłady świata

również byśmy zginęli, a przecież wśród nas nie było samobójców. Zrobiliśmy tylko to, co

musieliśmy zrobić.

- To pan tak mówi! A może ludziom żyłoby się teraz znacznie lepiej, gdybyście wtedy

nic nie robili?!

- Byłem w twoim świecie i znam jego historię, a ponieważ znasz tylko swój świat,

porozmawiajmy właśnie o nim. Co byś powiedział na to, że superpotężna broń pojawiłaby się

za czasów Napoleona, a nie sto pięćdziesiąt lat później? To wcale nie jest bajka! Łącząc

technikę i magię można otrzymać broń, przy której bomba atomowa wyda się dziecięcą

pukawką!

- Rozumiem... - zawahałem się. Wyobraziłem sobie taki rozwój wydarzeń i zupełnie mi

się to nie spodobało.

- Widzisz, nie dostrzegasz faktów oczywistych, a chcesz nas osądzać. Czy myślisz, że

chcieliśmy tego wszystkiego? Szukaliśmy innej drogi, szukaliśmy jej przez trzydzieści lat i

podział świata okazał się jedyną nadzieją.

Przyznałem Mistrzowi rację, przestałem się spierać i wróciłem do czytania.

 

Niewymownie żałuję, że moi poprzednicy przegapili chwilę, w której ludzie wkroczyli na

drogę prowadzącą do samounicestwienia. Uświadomienie sobie grożącego nam

niebezpieczeństwa zmusiło nas do zastosowania środka ostatecznego.

Aby zrealizować nasz plan, musieliśmy wyciągnąć świat Magii z normalnego biegu

czasu, co pozwoliłoby mu istnieć w przestrzeni jednocześnie ze światem Techniki. Ku naszemu

wielkiemu żalowi nie wszystko przebiegło tak, jak się spodziewaliśmy. Część mocy wyrwała

się spod kontroli i pod postacią szaleństwa żywiołów spadła na oba światy. W efekcie zginęła

cywilizacja na Kontynencie Zachodnim, bardzo ucierpiały Indie, praktycznie został

zatrzymany rozwój półkuli południowej. Jedynie narody żyjące z dala od oceanów zdołały

uniknąć bezpośrednich następstw katastrofy. W świecie Magii pojawiło się wiele problemów -

nikt z nas nie był w stanie przewidzieć skutków ubocznych zaklęcia rozdzielającego świat. Na

naprawę tego stanu rzeczy nie wystarczyło nam już mocy - zaledwie trzech Wielkich Magów

przeżyło po podziale świata. W świecie Magii zdołaliśmy uratować naszą wyspę, podczas gdy

w świecie Techniki znikła ona pod wodą. Resztek mocy wystarczyło nam na ochronę pałacu

Rady, jednak miasto uległo zagładzie. W czasie ratowania wyspy zginął jeszcze jeden mag, a

przed tymi, którzy przeżyli, stanęło zadanie o ogromnej złożoności.

Tak właśnie zadziałało fatalne zaklęcie i to, co niegdyś było całością, zostało rozdzielone

- tak powstały dwa światy: świat Magii i świat Techniki. Jednak niebezpieczeństwo nie znikło,

albowiem oba światy, choć rozdzielone, nadal pozostały ze sobą powiązane i zagląda jednego

nieuchronnie doprowadziłaby do zagłady tego drugiego. Musieliśmy bezwzględnie usunąć

skutki uboczne, powstałe w wyniku podziału. Mnie i mojemu przyjacielowi dwieście lat zajęło

usuwanie najgroźniejszych następstw rozłamu w obu światach.

 

Dalsza część już wkrótce :) Czekam na opinię ;)

Opublikowano
Humor miałem okropny dzień

?

rosnące tu w wielkiej obfitości

Napisałbym po prostu "których wiele tu rośnie" albo "które porastają niemal cały tutejszy teren" czy coś w tym stylu.

Wszędzie miałem pełno rzepów, a moje nowe ubranie było pokryte warstwą pyłu i tak właśnie miałem się pokazać w domu

Wszędzie miałem pełno rzepów, a moje nowe ubranie było pokryte warstwą jakiegoś pyłu. I tak właśnie miałem pokazać się w domu!

Wtedy zobaczyłem, że z przeciwka idzie

Swietka Małachowa, w której kochałem się potajemnie od klasy piątej jeszcze by tylko tego brakowało, żeby zobaczyła mnie w takim stanie!

Wtedy zobaczyłem, że z przeciwka idzie Swietka Małachowa (wtf?), w której kochałem się potajemnie od klasy piątek. Jeszcze by brakowało, by zobaczyła mnie w takim stanie!

Człowieku, naucz się interpunkcji, potem pisz powieści.

Na szczęście była niegłęboka, za to wypełniona wodą musiałem wyskakiwać z

niej w tempie przyspieszonym.

Interpunkcja. ... za to wypełniona wodą. Musiałem wyskakiwać z niej...

pustawą

Kiedyś była królewna Dobrawa. A teraz pustawa? :D Powinieneś napisać po prostu "pusta".

 

--

 

Dużo Ci jeszcze brakuje. Przeczytałem 1 część i trochę drugiej. Nie chciało mi się wszystkiego poprawiać. Fajnie by się to czytało w formie książki.


Masz jakiś problem bądź pytanie dotyczące komputera? Napisz do mnie, a postaram się ci pomóc.

Zarchiwizowany

Ten temat przebywa obecnie w archiwum. Dodawanie nowych odpowiedzi zostało zablokowane.

×
×
  • Dodaj nową pozycję...