Skocz do zawartości
  • 👋 Witaj na MPCForum!

    Przeglądasz forum jako gość, co oznacza, że wiele świetnych funkcji jest jeszcze przed Tobą! 😎

    • Pełny dostęp do działów i ukrytych treści
    • Możliwość pisania i odpowiadania w tematach
    • System prywatnych wiadomości
    • Zbieranie reputacji i rozwijanie swojego profilu
    • Członkostwo w jednej z największych społeczności graczy

    👉 Dołączenie zajmie Ci mniej niż minutę – a zyskasz znacznie więcej!

    Zarejestruj się teraz

[Język polski] Opowiadanie z użyciem opisu sytuacji i przeżycia wewnętrznego


Ziela

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Siemano. Potrzebuję pomocy właśnie z j. polskim a dokładnie z napisaniem opowiadania, napiszę ktoś za mnie? :P Potrzebuje opowiadania na temat "Tego dnia nigdy nie zapomnę". Ma być zawarty opis sytuacji i przeżycia wewnętrznego. Z góry dzięki i pozdrawiam.

Opublikowano

​­Udało my się wymyślić ostatnie zdanie. 

Okazało się że była w ciąży z innym. Tego dnia nigdy nie zapomnę.

Mam nadzieję że pomogłem, liczę na like :)  

ItgMSFz.gif­

Opublikowano

Nie pomogłeś.. To ma być opowiadanie na stronę albo nawet na dwie. 

Opublikowano

Pewnego dnia gdy przechodziłem ulicą odnalazlem na pasach czarna dziurę, która byla tak na prawdę teleportem, który mogł mnie przenieść w wymarzone miejsce. Wybrałem czasy w połowie IV tysiąclecia p.n.e. w Mezopotamii. Wynalazłem koło, jednak nikt nie wiedział o co biega. Poczułem, że odwaliłem dobrą robotę i wróciłem za pomocą 2 końca tej dzury do domu. Rozwiń to i masz -.-.

Ps. pamietaj o akapitach, wstepie, rozwinięciu i zakończeniu. Reszte dopisz sam, bo kto za ciebię będzie zapierdalał? Ty się uczysz nie my ;)

Opublikowano

Nudzi mi się, więc masz. Oczywiście romcom, bo nie mam zamiaru marnować ambitniejszych pomysłów. I tak jest mniej banalne od tego gościa nade mną. xD

 

Dziewiętnasty września dwa tysiące piętnastego roku. Wstając lewą nogą z łóżka, nie miałem pojęcia, że ten dzień zapamiętam na zawsze.

Jak co dzień na śniadanie zjadłem cynamonowe płatki z mlekiem.

Jak co dzień założyłem skarpetki.

Jak co dzień wyszedłem spóźniony z domu i pognałem na przystanek.

Jak co dzień nie zdążyłem na pierwszą lekcję.

Jak co dzień przespałem wszystkie zajęcia. Przerwy zresztą też, bo ktoś z moim charakterem przyjaciół mieć nie może, jak to kiedyś z wypiętą dumnie piersią wykrzyczała mi w twarz siostra.

Gdy dzwonek obwieszczający zakończenie szkolnego dnia zadrżał, a po całym budynku rozległ się brzydki hałas najprzyjemniejszego odgłosu, jaki można w gimnazjum sobie wyobrazić, spakowałem się i flegmatycznym krokiem z półzamkniętymi oczami udałem się w stronę przystanku autobusowego.

Byłem zdenerwowany. A w tym uczuciu był smutek. Moje serce, przeładowane negatywnymi emocjami niczym więzienie o zaostrzonym rygorze, mogło wybuchnąć z siłą tysiąca słońc w każdej chwili i dosięgnąć każdego, kto akurat by się znajdował w polu rażenia. Jednak wiedziałem, że jeśli bym na to pozwolił, moje gimnazjalne życie skończyłoby się tak szybko, jak murzyński olimpijczyk kończy bieg na sto metrów. Nie mogłem do tego dopuścić. Dlatego, zamiast podejść do tych wszystkich pajaców z mojej klasy i wykrzyczeć im w twarz, poprawiając ciosem w szczękę, jak brudni są, po prostu stanąłem przy znaku przystanku i z grzywką na oczach próbowałem ukryć coraz bardziej rosnącą we mnie rozpacz.

Swoją drogą cholernie dużo ludzi na tym przystanku. Jakby nie mogli chodzić na pieszo, mając domy oddalone o dwa kilometry.

Kiedy tak stałem, podpierając słup ze znakiem, i użalałem nad sobą, zauważyłem, że ukryta za wiśniowym drzewem i osaczona przez o wiele wyższe od niej osoby stoi ona. Sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu. Kruczoczarne włosy układające się na plecach aż do lędźwi. Zielone włosy. Cicha i introwertyczna delikatna panienka z jakiegoś powodu okrążona przez typowe gimnazjalne idiotki. Nie wiem, nigdy nie wnikałem. Życie mi jeszcze miłe. W każdym razie w tej oto dziewczynie, dziewczynce właściwie, choć była w moim wieku, skrycie kochałem się od pierwszego września dwa tysiące trzynastego roku, godziny dziewiątej dwadzieścia cztery, czyli od momentu, w którym pierwszy raz ją ujrzałem. Oczywiście ani ona, ani inni, ani nawet do końca ja (zdaje się) nie mieliśmy o tym pojęcia.

Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos starego, dieselowego silnika. Autobus nadjechał, a gimnazjaliści nań czekający rzucili się ku jego drzwiom niczym stado małp  głodujące od tygodnia na banana. Oczywiście mnie w tym stadzie nie było. Powoli, niespiesznie, zbliżałem się do wejścia, by w końcu dostać się do środka. I gdy już lewą nogą oraz głową byłem w autobusie, kierowca zamknął drzwi, a ja ledwo uchodząc z życiem uskoczyłem i zostałem na przystanku. Sam? Pewnie tak. Próżno w końcu szukać w tej szkole kogoś choć trochę rozgarniętego.

Nie.

Nie byłem sam.

Obok mnie stała, z uśmiechem promieniującym z siłą tylu słońc, iloma kilkanaście minut temu miało wybuchnąć moje serce, ona.

Odezwała się do mnie, a moje serce tym razem chciało wydostać się z klatki piersiowej, używając tysiąca młotów pneumatycznych.

Dziewiętnasty września dwa tysiące piętnastego roku. Wstając lewą nogą z łóżka, nie miałem pojęcia, że ten dzień zapamiętam na zawsze.

 

Masz i się ciesz. xP

2tiVkFa.png

Shinden jeździ Multiplą

Opublikowano

Nudzi mi się, więc masz. Oczywiście romcom, bo nie mam zamiaru marnować ambitniejszych pomysłów. I tak jest mniej banalne od tego gościa nade mną. xD

 

Dziewiętnasty września dwa tysiące piętnastego roku. Wstając lewą nogą z łóżka, nie miałem pojęcia, że ten dzień zapamiętam na zawsze.

Jak co dzień na śniadanie zjadłem cynamonowe płatki z mlekiem.

Jak co dzień założyłem skarpetki.

Jak co dzień wyszedłem spóźniony z domu i pognałem na przystanek.

Jak co dzień nie zdążyłem na pierwszą lekcję.

Jak co dzień przespałem wszystkie zajęcia. Przerwy zresztą też, bo ktoś z moim charakterem przyjaciół mieć nie może, jak to kiedyś z wypiętą dumnie piersią wykrzyczała mi w twarz siostra.

Gdy dzwonek obwieszczający zakończenie szkolnego dnia zadrżał, a po całym budynku rozległ się brzydki hałas najprzyjemniejszego odgłosu, jaki można w gimnazjum sobie wyobrazić, spakowałem się i flegmatycznym krokiem z półzamkniętymi oczami udałem się w stronę przystanku autobusowego.

Byłem zdenerwowany. A w tym uczuciu był smutek. Moje serce, przeładowane negatywnymi emocjami niczym więzienie o zaostrzonym rygorze, mogło wybuchnąć z siłą tysiąca słońc w każdej chwili i dosięgnąć każdego, kto akurat by się znajdował w polu rażenia. Jednak wiedziałem, że jeśli bym na to pozwolił, moje gimnazjalne życie skończyłoby się tak szybko, jak murzyński olimpijczyk kończy bieg na sto metrów. Nie mogłem do tego dopuścić. Dlatego, zamiast podejść do tych wszystkich pajaców z mojej klasy i wykrzyczeć im w twarz, poprawiając ciosem w szczękę, jak brudni są, po prostu stanąłem przy znaku przystanku i z grzywką na oczach próbowałem ukryć coraz bardziej rosnącą we mnie rozpacz.

Swoją drogą cholernie dużo ludzi na tym przystanku. Jakby nie mogli chodzić na pieszo, mając domy oddalone o dwa kilometry.

Kiedy tak stałem, podpierając słup ze znakiem, i użalałem nad sobą, zauważyłem, że ukryta za wiśniowym drzewem i osaczona przez o wiele wyższe od niej osoby stoi ona. Sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu. Kruczoczarne włosy układające się na plecach aż do lędźwi. Zielone włosy. Cicha i introwertyczna delikatna panienka z jakiegoś powodu okrążona przez typowe gimnazjalne idiotki. Nie wiem, nigdy nie wnikałem. Życie mi jeszcze miłe. W każdym razie w tej oto dziewczynie, dziewczynce właściwie, choć była w moim wieku, skrycie kochałem się od pierwszego września dwa tysiące trzynastego roku, godziny dziewiątej dwadzieścia cztery, czyli od momentu, w którym pierwszy raz ją ujrzałem. Oczywiście ani ona, ani inni, ani nawet do końca ja (zdaje się) nie mieliśmy o tym pojęcia.

Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos starego, dieselowego silnika. Autobus nadjechał, a gimnazjaliści nań czekający rzucili się ku jego drzwiom niczym stado małp  głodujące od tygodnia na banana. Oczywiście mnie w tym stadzie nie było. Powoli, niespiesznie, zbliżałem się do wejścia, by w końcu dostać się do środka. I gdy już lewą nogą oraz głową byłem w autobusie, kierowca zamknął drzwi, a ja ledwo uchodząc z życiem uskoczyłem i zostałem na przystanku. Sam? Pewnie tak. Próżno w końcu szukać w tej szkole kogoś choć trochę rozgarniętego.

Nie.

Nie byłem sam.

Obok mnie stała, z uśmiechem promieniującym z siłą tylu słońc, iloma kilkanaście minut temu miało wybuchnąć moje serce, ona.

Odezwała się do mnie, a moje serce tym razem chciało wydostać się z klatki piersiowej, używając tysiąca młotów pneumatycznych.

Dziewiętnasty września dwa tysiące piętnastego roku. Wstając lewą nogą z łóżka, nie miałem pojęcia, że ten dzień zapamiętam na zawsze.

 

Masz i się ciesz. xP

Ja zmieniłem bieg świata, a ty rozprawiasz o grzywce i autobusie -.- 

  • 2 tygodnie później...

Zarchiwizowany

Ten temat przebywa obecnie w archiwum. Dodawanie nowych odpowiedzi zostało zablokowane.

×
×
  • Dodaj nową pozycję...