Skocz do zawartości
  • 👋 Witaj na MPCForum!

    Przeglądasz forum jako gość, co oznacza, że wiele świetnych funkcji jest jeszcze przed Tobą! 😎

    • Pełny dostęp do działów i ukrytych treści
    • Możliwość pisania i odpowiadania w tematach
    • System prywatnych wiadomości
    • Zbieranie reputacji i rozwijanie swojego profilu
    • Członkostwo w jednej z największych społeczności graczy

    👉 Dołączenie zajmie Ci mniej niż minutę – a zyskasz znacznie więcej!

    Zarejestruj się teraz

Prace konkursowe - "Pewnego razu w Atrei"


LittleBlack

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

103921419275646922683.png

 

23. listopada 2014r. ogłoszony został konkurs pt.: "Pewnego razu w Atrei", który polegał na napisaniu opowiadania na podstawie fabuły w grze Aion. Poniżej znajdziecie prace wszystkich uczestników tego konkursu (prace zostały w całości zacytowane, nie poprawiałam żadnych ewentualnych błędów, czy literówek).

 

 

Autor: @Xanan

 

 

Trzeci Smoczy Lord
 
Ereshkigal poczuł śmierć Beritry tak samo jak wcześniej gdy umierała Tiamat. Chociaż w przeciwieństwie do Daev, które w swoich legionach mogły się kontaktować z sobą na olbrzymie odległości, Balaurzy nie byli połączeni myślami. Mimo to każdy z Smoczych Lordów dysponował taką mocą, że śmierć któregokolwiek odbijała się echem po całej Atrei. Każda żyjąca istota doznała uczucia chwilowej pustki i oszołomienia. Niektóre krótko po tym zdarzeniu wciąż chodziły przerażone, a inne opanował dziwny spokój. Spodziewał się, że nastąpi to wkrótce jednak nie, że aż tak szybko. W końcu Czwarty z Pięciu Smoczych Lordów może i nie dysponował największą mocą ale najlepiej z nich wszystkich znał się na ukrywaniu w cieniu. Daevy mimo to zdołały odnaleźć jego kryjówkę, pokonać jego legion i zgładzić samego przywódcę. Ereshkigal nie czuł złości z tego powodu. Nie było mu nawet przykro. Balaurzy nie znali tego uczucia. Byli rasą panów i ich przeznaczeniem było władanie wszelkim istnieniem, a on sam miał serce niczym z lodu. Doskonale natomiast rozumiał Fregiona, który kategorycznie zabronił jemu i Meslamtaedzie jakiejkolwiek interwencji. Chciał w ten sposób ukarać Beritrę za zdradę wobec Tiamat. Gdyby na to spojrzeć trochę szerzej, to w sumie za zdradę wobec całej swojej rasy. Chociaż Balaurzy nie muszą za sobą przepadać to powinni współpracować - zwłaszcza, że kampania Daev przeciw nim postępowała coraz szybciej. Odkrywali i zajmowali nowe tereny, a z nimi fortece Balaurów. Ani inwazja machin bojowych Beritry na Asmodeę i Elyseę, ani zatopienie Tiamaranty i Katalamu nie powstrzymało tych słabych istot przed podbiciem Kaldoru i Levinshoru.
 
Ereshkigala jednak nie interesowała cała ta kampania. Owszem, jego lodowate, pokryte śniegiem terytorium było najbliżej krainy niedawno kontrolowanej przez legion Beritry jednak Trzeci Smoczy Lord panował nad porami roku i zabezpieczył swoje tereny tak, że nawet stacjonujący w Beluslan Asmodianie czy przechodzacy przez Szczeliny Elyosi nie spodziewali się takich mrozów. Dlatego chociaż zdawał sobie sprawę z zacieśniającej się pętli na szyi - bowiem prędzej czy później Daevy znajdą sposób by pokonać tę przeszkodę - oszacował to jako mało istotny problem. Nagłe pojawienie się alternatywnego wymiaru Otchłani - Panesterry - martwiło go aktualnie najbardziej. Z jednej strony Otchłań była już wystarczająco niestabilna i nie potrzebowała sąsiadującego z nią dodatkowego "dzikiego" wymiaru, a z drugiej pochłaniała coraz większe ilości Eteru i pełna życiodajnej energii Panesterra stworzona z najstarszych i najczystszych framgentów Wieży Wieczności była niczym wybawienie przed nieuchronnie zbliżającym się kataklizmem. Jednak Trzeciego Lorda martwił nie sam fakt pojawienia się Panesterry co pochodzenie fortec, które zostały tam wybudowane. Z zapisków na ścianach, wyrytych w postaci obrazów przedstawiających upadek Wieży wieczności i nieznanych Ereshkigalowi późniejszych wydarzeń wywnioskował, że była to rasa pochodząca od Daev, która odcięta w tym niegościnnym wymiarze od reszty świata nauczyła się żyć w obecnych warunkach i panować nad pokładami Eteru. Stworzyła cztery bliźniacze fortece i własny wymiar będący połaczony z nimi wszystkimi, który w późniejszym etapie miał stać się połączeniem z ocalałymi resztkami Atrei. Historia urywała się na tym punkcie, tak jakby stworzenie tego wymiaru będącego punktem centralnym do którego niczym rzekami spływał życiodajny Eter przyczyniło się do zniszczenia wszystkich istot w Panesterrze. Ereshkigal nie rozumiał czemu to się tak skończyło jednak musiał przyznać rację Beritrze. Wymiar ten był idealnym miejscem na próbę stworzenia nowego Smoczego Lorda. Tylko próbę ponieważ jeden z Generałów jego Legionu - Antraksha - w końcowym etapie swojej ukrytej przed wzrokiem innych Smoczych Lordów Ascendencji poległ z ręki Daev, które zdołały walcząc z sobą podbić te niegościnne terytorium.
 
Zamyślony podążał przez komnaty swojej lodowej twierdzy ku sali tronowej gdzie zamierzał oddać się medytacji. Panesterra rozwiązywała jeden problem, ale przejęcie jej przez Daevy stwarzało kolejny. Rozwiązanie tego problemu nie będzie łatwe, a niestety jego polityczne umiejętności nie będą w stanie mu pomóc z względu trwający wieki konflikt, który nie zakończy się dopóki jedna z stron - oni jako Balaurzy lub druga strona - Asmodianie z Elyosami jako Daevy nie polegną. Ereshkigal powolnym ruchem dłoni otworzył wrota i wkroczył do pomieszczenia. 
 
- Ereshkigalu - usłyszał twardy głos Fregiona od strony tronu po przejściu paru kroków. Zdezorientowany spojrzał w jego kierunku i ujrzał znajomą sylwetkę Pierwszego Smoczego Lorda wraz ze stojącym u jego boku Meslamtaedą. Nie poczuł przybycia Dwójki Lordów ani żaden z strażników go o tym nie zawiadomił.
- Lordzie - Ereshkigal delikatnie skinął głową. - Nie spodziewałem się was tutaj.
- I my nie planowaliśmy przybywać bez zapowiedzi - Fregion powoli podnosił się z tronu. - Jednak tak szybka śmierć Beritry zmusiła mnie do podjęcia decyzji.
 
Lodowa kraina
 
Widok lodowego pustkowia wokół twierdzy Ereshkigala był niezwykły dla kogoś kto miał okazję zobaczyć to miejsce zanim zapanowała tu wieczna zima. Sama kraina wydawała się być martwa na pierwszy rzut oka. Żadna roślina ani żadne zwierze nie było w stanie przeżyć bowiem śnieg nigdy wcześniej tu nie padał. Wpływ mocy Trzeciego Smoczego Lorda na zmianę pogody powodował, że do tej pory w tej części Balaurei panowało wieczne lato. Jednak wieczna zima nie zabiła wszystkich istot w tej krainie. Na lodową twierdzę Ereshkigala z olbrzymiej odległości, której przez ciągle padający śnieg nie można było bezpośrednio sprecyzować spoglądały dwie ubrane na biało istoty. Czarnowłosy Asmodianin o błękitnych oczach i cerze białej niczym otaczający ich śnieg oraz stojąca obok Elyoska o ciemno brązowych włosach, brązowych oczach i delikatnie opalonej skórze spoglądali na roztaczający się przed nimi widok. Mężczyzna wskazał ręką zbocze nieopodal po czym spojrzał na towarzyszkę. Ta pokiwała głową i ruszyła za nim. Idąc Asmodianin wciąz zastanawiał się jak do tego doszło, że od ponad miesiąca wspólnie wędrują w głąb terytorium Ereshkigala.
 
Krótko po odkryciu Balaurei Asmodianie i Elyosi zorientowali się, że kluczem do zwycięstwa w ich wojnie było szybkie rozpoznanie gdzie znajduje się wróg i podbicie terytoriów przez niego nie zajętych. Obydwie rasy postanowiły więc wysłać statki zwiadowcze w różnych kierunkach. Z wszystkich tylko dwa - jeden Asmodiański i jeden Elyosowy nie powróciły do domu. Pierwsi wyruszyli Asmodianie. Ich statek ominął Tiamarantę od południa po czym skierował się na południowy zachód nad olbrzymią zatoką, następnie zakręcił bezpośrednio na zachód aż dotarł do Ruin Ruhnów w Północnym Katalamie. Elyosi wysłali swoją ekspedycję trochę później niż Asmodianie. Statek, który nie powrócił do Ingission obrał bezpośredni kurs na południe gdzie znalazł zniszczoną Wieżę Światła. Obydwie rasy zabezpieczyły miejsca lądowania statuami swoich Lordów i rozpoczęli zwiady po nowym terenie. W międzyczasie doszło do starcia statków obydwu frakcji uniemożliwiając ich dalsze wykorzystanie przez pewien czas. Obydwu rasom udało je doprowadzić ich statki do stanu używalności mniej więcej w czasie gdy odkryto wejście do Schronienia Tiamat, krótko po śmierci jej generałów w Fortecy. Wyruszyli wtedy na wschód gdzie za morzem na horyzoncie widzieli niezbadany ląd. Asmodianie dotarli jako pierwsi i zdążyli wylądować oraz okopać się w czasie gdy Elyosi dopiero zbliżali się do lądowania. Nieszczęśliwie dla nich w tej właśnie chwili poległa Tiamat i moc jaka wraz z jej śmiercią została uwolniona była niczym potężny impuls, który przeciążył i zniszczył Elyosowy silnik napędzany mocą Eteru. Statek runął na ziemię. Asmodianie widząc to zdarzenie wysłali grupę by sprawdziła wrak w poszukiwaniu jakichkolwiek pożytecznych informacji i pozostałych przy życiu ofiar. Chociaż mogli dobić pozostałych przy życiu Elyosów co spowodowało by ich definitywną śmierć bowiem znajdowali się za daleko od jakiegokolwiek Obelisku, postanowili ich uratować i wziąć jako jeńców. Z całej załogi statku przeżyło tylko dwóch Elyosów, co trzech Asmodian z "ekipy ratunkowej" przyjęło z ulgą. Cokolwiek by się nie stało mieli aż dwie osoby do przesłuchiwania gdy tylko pokonają barierę językową. Asmodianie przeszukali cały statek jednak nic nie znaleźli. Żadnych planów, map obecnego terytorium - wyglądało na to, że nie chcąc pozostawać w tyle wyruszyli oni gdy tylko spostrzegli odlatujący Asmodiański statek. Prawdopodobnie była to mała grupa, która po rozpoznaniu terenu miała wrócić na teren Katalamu po większy oddział by następnie powrócić i rozpocząć inwazję na ten teren.
 
Asmodianie już mieli wychodzić z wraku gdy nagle usłyszeli smoczy ryk, krzyki, a chwilę później wybuch Asmodiańskiego statku. Zdając sobie sprawę z nadciągającego niebezpieczeństwa wybiegli ciągnąc za sobą nieprzytomnych Elyosów po czym uciekli jak najdalej. Zrobili to w samą porę gdyż chwilę obok wraku wylądował średniej wielkości smok przypominający Tahabatę - nie żyjącego już Generała Tiamat. Obejrzał miejsce katastrofy w poszukiwaniu niedobitków po czym spalił ziejąc ogniem na wszystkie pozostałe szczątki. Wzniósł się w powietrze ostatni raz dokładnie przeczesując teren wzrokiem jednak nie zdołał zauważyć grupy pięciu Daev chroniących się pod przykryciem zasłony, którą narzucił na nich zaklinacz. Obleciał polanę dwa razy upewniając się, że nic nie pozostało przy życiu po czym zawrócił na wschód do znajdujących się w oddali gór. Zwiadowcy spędzili chwilę w ukryciu nie chcąc dać się wykryć gdyby smok nagle postanowił zawrócić jednak potrzeba pomocy była od nich silniejsza. Pobiegli sprawdzić czy ktokolwiek z statku Asmodian przeżył atak smoka jednak odnaleźli same spalone szczątki. Z wielkim smutkiem zdecydowali się pochować to co pozostało z towarzyszy, którym już nie było dane odrodzić się przy Obelisku. Wieczorem gdy już pochowali wszystkie Daevy z obydwu statków zwiadowcy okopali się między wrakami. Niedługo później gdy już zapadła noc w całej krainie zaczął padać śnieg, który miał nigdy nie przestać.
 
Następnego dnia poziom śniegu osiągnął wysokość półtora metra, a temperatura dochodziła już do panującej na codzień, na lodowych pustkowiach w Beluslan. Nie zapowiadało się jednak by sytuacja miała się zmienić. Wręcz przeciwnie, z każdym dniem było coraz gorzej. Elyosi - doświadczony łucznik i młoda kleryczka obudzili się po trzydziestu godzinach snu związani przy ognisku w barierze odgradzającej świat zewnętrzny od ciepła, którą utrzymywał Asmodiański czarodziej. Chociaż Asmodianie od razu próbowali ich przesłuchać to nic z tego nie wyszło. Elyosi nie rozumieli ani słowa, a i między sobą nie chcieli rozmawiać.
 
Dwa dni po lądowaniu sytuacja zapowiadała się tragicznie. Śnieg osiągnął wysokość trzech metrów, a na zewnątrz było dwukrotnie chłodniej niż w Beluslan. Nawet Asmodianie, którzy przywykli do takich warunków byli zaskoczeni tym jak zimno mogło być w Balaurei. Nie znali jeszcze możliwości Ereshkigala. Mało tego, nawet nie wiedzieli, że to Trzeci Smoczy Lord stoi za tym mrozem. Nieprzyzwyczajeni do takiego chłodu Elyosi trzęśli się z zimna i pomimo wysiłków Asmodiańskiego czarodzieja wszystkich ich czekała nieuchronna śmierć. Asmodianie nie byli w stanie otworzyć portalu do Pandaemonium, a kontakt z resztą legionu znajdującą się w pozostałych częściach Balaurei był zagłuszany przez nieznaną im moc. Spędzili w takich warunkach jeszcze prawie całą noc nim bariera upadła pokrywając ich śniegiem.
 
* * *
 
Asmodianin obudził się z strasznym bólem głowy. Powoli otwierał oczy i chociaż nie widział jeszcze wyraźnie co go otacza to czuł, że nie zna tego miejsca. Powietrze było chłodne i przesycone nieznanym mu słodkim zapachem. Dotknął ręką ściany i wyczuł lodowaty kamień. Po chwili wreszcie zogniskował mu się wzrok i był w stanie rozpoznawać kształty. Powoli podniósł się z posłania i rozejrzał. Małe pomieszczenie wymiarów około dziesięciu metrów kwadratowych zbudowane w stylu, który bardzo przypominał mu Ruiny Plemienia Ruhnów w Północnym Katalamie. Spojrzał na stojącą obok łóżka szafkę. Leżał na niej jego pas z dwoma pistoletami, a obok nich w szklanym naczyniu świecił się mały czerwony kamień. Wstał i sięgnął po pas gdy nagle otworzyły się za nim drzwi. Szybkim ruchem wyciągnął obydwie bronie i odwrócił się celując w potencjalnego napastnika. Zobaczył humanoidalną istotę o skórze czarnej jak węgiel i świecących na niebiesko oczach.
- Obudziłeś się - powiedziała męskim głosem w czystym Asmodiańskim nieznana mu istota po czym kontynuowała - Dobrze, Twoja znajoma wciąż śpi.
- Kim ty jesteś? - zapytał zdziwiony Asmodianin.
- Oh, wybacz mi moje maniery. Jestem Tao, jeden z dwóch ostatnich żyjących przedstawicieli rasy Tarianów, która przed Kataklizmem wspierała Plemię Ruhnów. Znajdujemy się w podziemiach krainy Tarianat obecnie skutej lodem krainy, którą niepodzielnie kontroluje Trzeci Smoczy Lord Ereshkigal w swojej twierdzy na powierzchni. Aktualnie na lądzie panuje temperatura około -150 stopni i utrzymuje się taka od około dwunastu miesięcy. Tutaj mamy niewiele cieplej bowiem około -50 stopni, a nie odczuwasz tego z względu na kryształ, który masz na piersi. Oparty o starożytną i zapomnianą już technikę wyrobu plemienia Ruhnów zawiera w sobie moc dzięki której...
- Jak... Jakich dwunastu miesięcy? - do Asmodianina właśnie dotarło co mówiła do niego ta dziwna istota. - Co się stało?
- Rok temu Lord Ereshkigal postanowił zabezpieczyć swoje terytorium przed wszelkimi możliwymi najeźdźcami i wywołał tam trwającą od roku zimę. Znalazłem wasz obóz przykryty dziesięcioma metrami śniegu lecz tylko ciebie i tę dziewczynę udało mi się przywrócić do życia. U pozostałych chociaż próbowałem to nie dało rady. Wracając do śniegu, znalazłem was dzięki...

Mężczyzna wciąż patrzył się nieprzytomnym wzrokiem na istotę stojącą przed nim chociaż już nie słyszał słów. Powoli usiadł na łóżku opuszczając bronie gdy docierały do niego słowa, które przed chwilą usłyszał. Minął rok od ekspedycji, rok od ostatniego kontaktu z legionem, rok od śmierci jego towarzyszy. Rok od jego śmierci. Dla Daev śmierć na polu walki jest nieodłączną częścią ich życia jednak jeśli nie są oddaleni zbytnio od jakiegokolwiek Obelisku to nie jest to wtedy problem bowiem ich martwe ciała rozwiewają się z wiatrem i pojawiają się obok niego dzięki mocy Aiona. Jeśli natomiast w okolicy nie ma żadnego punktu do którego Daevy by mogły wrócić to ich dusza będąca połączona z Eterem nie może odnaleźć drogi i w najlepszym przypadku znika, a w najgorszym wraca po pewnym czasie jako duch nawiedzając miejsce śmierci i szukając zemsty na wszystkich żyjących istotach. Każda Daeva odczuwa niebezpieczeństwo zniknięcia duszy przez nieuleczalną chorobę, która nawiedza każdego kto pojawił się przy Obelisku. U jednych trwa ona krótko, a u innych dłużej. Niektórzy znaleźli sposób by uniknąć jej objawów jednak mimo to zawsze wraca z zwielokrotnioną siła. Charakteryzuje się ona spowodowaniem wolniejszego czasu reakcji na to co się dzieje na około, pesymistycznymi myślami, marnym humorem i paroma innymi efektami, które pojawiają się indywidualnie u każdego inaczej. Jedni to wytrzymują psychicznie, a inni nie i właśnie takie Daevy mają największy problem bowiem zatracają się powoli w szaleństwie, unikają walki, popadają w alkoholizm... Chociaż Daevom żadne fizyczne choroby nie mogą zagrozić tak jak się nie starzeją po Ascendencji, tak choroba umysłu to kompletnie co innego. Mogła spotkać każdego kto się pozwolił jej pokonać, a była zabójcza niczym najgorsi Balarurzy. Asmodianin jednak nie wiedział o nikim kto pozostał martwy przez rok i powrócił do życia w zwykłej formie. Co więcej, chociaż tyle czasu był martwy to nie czuł żadnych skutków choroby duszy ani umyslu. Otrząsnął się z rozmyślań i zauważył, że jego rozmówca od jakiegoś czasu nic nie mówi tylko się na niego patrzy.
- Przepraszam - powiedział cicho odkładając pistolety na bok. - To dla mnie trochę za dużo jak na krótką chwilę.
- Nic nie szkodzi. Gdybyś miał tyle lat co ja to również byś był cierpliwy. Wy Daevy pomimo długowieczności tak naprawdę żyjecie bardzo krótko. Pamiętam twoją rasę z czasów przed Kataklizmem. - Asmodianin zwrócił uwagę na ten szczegół słuchając odpowiedzi rozmówcy. Ta istota musiała mieć ponad tysiąc lat! - Prawie nic się nie zmieniliście, być może tylko w wyglądzie. Zwłaszcza, że różnisz się od swojej towarzyszki. Czym to jest spowodowane jeśli mogę wiedzieć?
- To jest... Bardzo długa historia. Mogę ją zobaczyć?
- Oczywiście, później mi opowiesz. Chodź za mną. - Powiedział po czym się odwrócił i wyszedł z pomieszczenia na słabo oświetlony korytarz.
 
Asmodianin patrzył się przez chwilę na wyjście. Tao, jak mu się przedstawił jego rozmówca, pochodził z nieznanej mu wcześniej rasy Tarian po której nie pozostał żaden ślad i która wymarła zapewne w tym samym czasie co Plemię Ruhnów. Co więcej, czego nie zauważył podczas rozmowy dopóki tamten się nie odwrócił posiadał on na plecach kikuty urwanych czarnych skrzydeł. Było to o tyle przerażające, że według wszystkich zapisków Daevy były jedynymi rozumnymi stworzeniami obdarzonymi przez Aiona możliwością latania... Aż do teraz. Mężczyzna wstał szybko z łóżka, aż mu się zakręciło w głowie. Schował pistolety do kabur po czym wyszedł szybkim krokiem na korytarz. Znalazł się w długim pomieszczeniu stworzonym bez wątpienia przez Plemię Ruhnów na co wskazywały idealnie zachowane ściany. Wszystkie wzory były identyczne co w Katalamie gdzie miał okazję zwiedzać Ruiny, jednak gdyby porównać ich stan to różnica była porażająca. Oto miał przed sobą miejsce, które wyglądało jakby twórca przed chwilą wyszedł i miał wrócić. Tam widać było zniszczenie i upływ setek lat. Zauważył porozstawiane co parę kroków szklane naczynia - takie same jak w pomieszczeniu, w którym się obudził. Spojrzał w lewo gdzie zauważył stojącego przy najbliższych drzwiach Tariana. Wszedł za nim do identycznie wyglądającego pomieszczenia w którym na łóżku leżała przykryta nieznaną mu tkaniną Elyoska - przedstawicielka rasy, którą nienawidził od urodzenia. Teraz jednak cokolwiek o niej nie myślał to brał pod uwagę fakt, że ona tak samo jak on właśnie straciła rok życia.
 
- Kiedy się obudzi?
- Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Być może za chwilę, być może jutro, albo za tydzień. Wiem, że się obudzi ponieważ jej dusza powróciła do ciała. Musi jednak odpocząć. Jest silna prawie tak jak ty chociaż tego po niej nie widać. Gdyby nie była to nie przeżyłaby do dzisiaj. Wracając jednak do tego o czym mówiliśmy - czy możesz mi opowiedzieć co działo się po Kataklizmie?
 
* * *

 

 

 

Autor: @1373230489-U611928.pngCargo.

 

 

Tysiąc lat po tym jak wódz Balaurom pokonał Elyosów i Asmodian. Nadal nie wiadomo w jaki sposób to zrobił oraz nadal nie znaleziono ani jednego ciała Elyosów i Asmodian. Wódz Balaurom nadal nic sobie nie przypomniał... Wiele teorytyków twierdz, że nauczył się tajmnego zwoju ''mistycznego Zniszczenia Wielkiego Faraona Zeosa pod patronem Leomidosa''. Lecz ta teoria nigdy w żaden sposób nie została potwierdzona. Mijały lata, w roku 1020 po wielkim wyczynie wodza Balarom'ów, wódz zmarł ze starości. Naród pogrążył się rozpaczy, urządzono wielkie przyjęcie porznalne.
Przyjechali na nie najwięksi magownie Atrei, żeby złożyć mu ostatni pokłon. Najbardziej smucili się naukowcy Aminosozoni, którzy mieli się dowiedzieć jak on to zrobił.
Tysiąc pięc setny rok, nadal nie wiadomo jak on to zrobił. Wiele pokoleń uczonych nie przybliżyło się nawet o małego palca od nogi do rozwiązania tej zagadki.
Wielka rada starszych składająca się z 5 największych magów zdecydowała, że wyśle na poszukiwania do 12 planety, której każdy się boi. Uważano, że są tam potężne Arygusy. Każdy kto tam się wybrał, a nie było ich dużo
już nie wrócił. Do tej roboty wybrano sześciu zwycięzców turnieju trujmistycznego, który odbył się w sześciu odległych miejscach. Byli to: Maesiudus, Milicjank, Gasunging, Loopse, Nupses, Majosornik.
Odważni śmiałkowie wyruszyli w drogę. Był to dla nich wielki zaszczyt, ale to nie zmienia faktu, że potwornie się tego bali. Przy pomocu trepomobilu udało im się dostać na planetę 12, wylądowali w sektorze B-12.
Miejsce to było jednocześnie piękne i straszne. Wielie drzewa z niebieskimi i zielonymi liścmi. Nie było tam natomiast kamieni ani żadnych dziur. Przeszli cały sektor i nie spotkali żadnego innego stworzenia.
Sektor był oddzielony ogromnym murem, wojownicy próbowali go zniszczyć, ale na daremnie. Żaden cios, żaden czar, nic, nic nie działało na ten mur. Próbowali nad nic przelecieć, ale lecieli cały dzień i go nie przelecieli, pomyśleli, że jak nie w tą stronę to morze w drugą, zaczeli się wkopywać w mur, ale tamtędy też im się nie udało przedostać do kolejnego sektoru. Byli zmęczeni, poszli spać. Nagle w nocy obudził ich głośny hałaś. Wstali i zobaczyli, że ściany się przesuwają. Z ziemi zaczeły wychodzić duże stworzenia przypominające pająki, tylko czterdzieści tysięcy razy większe. Śmiałkowie musieli się bronić, ale było ich za dużo, zaczeli uciekać.
Uciekali tak całą noc. W dzień ściany się zatrzymały, a stwory jak się pokazały tak też znikneły. Sześcioro poszukiwaczy postanoiwli się wkopać, no bo w kąńcu z kąś musiały wyjść te potwory. Ale gdy dokopali się do dna, zobaczyli wielki kawał mikroneonu,
który uważany jest za niezniszczalny, chwile próbowali go przynajmniej porysować, ale nic z tego nie wyszło. Śmiałkowie wiele miesięcy obserwowali tę obszar, co noc działo się tak samo. Aż w końcu doszli do wniosku, że są w potężnym labiryncie, który zmienia się co noc.
Znaleźli również sporo starych ciał. Tydzień później jeden z nich umarł, a w przeciągu kilku miesięcy zgineli wszyscy sześciu.
W Atrei już przestano wieżyć, że oni kiedyś powrócą, i że uda im się odkryć co tak na prawdę stało się z Elyosomami i Asmodianami...

 

 

 

Autor: @Andy95

 

 

Trwająca od wielu lat wojna na wyniszczenie obozu przeciwnika między Asmodianami, a Elyosami osiągnęła apogeum. Zasób energii Eteru powoli dobijał końca. Całkowite wyczerpanie było nieuniknione. Została jedynie kwestia czasu. Na próżno ludzie i Dev poszukiwali alternatywnych źródeł mocy. Nad Balaurami, Elyosami i Asmodianami roztaczała się mroczna aura zagłady. Wiedzieli o swojej apokalipsie. Mimo to nie zaprzestali zbrojeń. Wojna stała się ich codziennością. Sensem istnienia, bez którego nie mogli przetrwać. Przyzwyczaili się do niej. Może dzięki temu zapominali o nieuniknionej śmierci, a może umrzeć w boju było dla nich ważniejsze niż bezczynność lub poszukiwanie nieistniejącej energii. Powstały liczne jednostki nazywane Korsylami, których celem było odkrycie innej mocy mogącej zastąpić Eter. Jednakże dla większości wciąż liczyła się tylko wojna i śmierć. Nastała nowa era. Era zła (Jungwi Deli). Jeżeli komuś została w głowie myśl o pokoju to tylko ludziom, którzy i tak nie nadawali się do wojny. Dev i Empirejscy Władcy dawno stracili autorytet w oczach ludzi. Nie stanowili już dla nich oparcia. Spotkanie człowieka z jednym z nich kończyło się zwykle bitwą na przedziwne grymasy. Następnie pluciem w ziemię, kilkoma wyzwiskami i Dev w końcu odlatywał. Ewentualne zabijał człowieka. Wcale nie czuli się ze sobą powiązani w żaden sposób. Elyosi dawno zapomnieli o tym, że sami kiedyś byli ludźmi. To samo działo się w północnej części świata. Tam, gdzie Asmodianie szarżowali bezmyślnie w Otchłań przepychając się między sobą, aby zdążyć umrzeć przed końcem dnia. Czy to nie jest bezsensowna wojna? Wcale tak nie myśleli. Przecież robili to dla swoich ludzi. Tak to sobie tłumaczyli ale sami już w to nie wierzyli. Asmodianie nie potrafili sobie inaczej poradzić w tych trudnych czasach. Śmierć była dla nich uwolnieniem i pragnęli jej z całego serca. Oczywiście dobrze byłoby zabrać ze sobą kilku Balaurów lub Elyosów, żeby spełnić swój wymyślony, żołnierski obowiązek. Katastrofalne zmiany nastąpiły nie tylko w sferze mentalnej wszystkich gatunków Atrei. Elyosi i Asmodianie przekształcili się w krwiożercze bestie. Nastąpiła nowa ewolucja. Asmodianie powiększyli swoje rozmiary czterokrotnie. Stali się potężnymi monstrami o niewyobrażalnej sile. Przeistoczyły się również ich skrzydła. Ich rozpiętość przewyższała wzrost. Takie uwarunkowanie spowodowane było przyrostem masy. Oczy wyłupiaste jakby a chwilę miały wyskoczyć z oczodołów. Ogromne białka, na których widać wyraźnie drogę nerwów łączących się z niewielkich rozmiarów źrenicą. Szalone, spoglądające na wojnę od niezliczonych tysięcy lat. Przyzwyczaiły się do mordu, krwi, chaosu, śmierci. Ewolucja sięgnęła wszystkich wymiarów. W porównani do Asmodianów, Elyosi nie zwiększyli swoich rozmiarów, ale za to zwiększyli dwukrotnie swoją wytrzymałość i szybkość z samej rządzy przetrwania. Uwarunkowanie nastąpiło z powodu licznych bitew. Walcząc z ogromnymi mutantami nie mieli wielkich szans na ataki bezpośrednie. Musieli ratować się zwinnością. Ich oczy w porównaniu do Asmodianów nie były wyłupiaste. Źrenice nachodziły na całe białka. Wyglądało to potwornie. Wzrok przystosował się do ich lokacji, do promieni światła padających z pobliskiej gwiazdy. Nie mieli już takiego wyraźnego obrazu. Można z przekonaniem uznać, że utracili po prostu wzrok. Za to inne zmysły, w stosunku do wzroku, rozwinęły się doskonale. Między innymi słuch czy węch. Mutacja, poza zmianami fizycznymi, doprowadziła również do poważnych zmian w sferze psychicznej. Człowiek mógłby uznać, że potwory stały się po prostu głupsze gdyby nie strach przed ich potężną mocą. Elyosi i Asmodianie pochłonęli się ostatecznie w chaosie i ogniu walk pragnąc jedynie totalnego zniszczenia. Bez celu, bez planu, bez strategii. Chcą po prostu zniszczyć wszystko na swojej drodze. Zarówno siebie nawzajem, Balaurów, ludzi, ale też pozostałości Wieży Wieczności, która przez tysiące lat utrzymywała ich świat w równowadze i harmonii. Jeżeli można powiedzieć o równowadze w czasach tak okrutnej wojny. Po prostu powalała im żyć dodając mistycznej energii. Ewolucja ma jednak swoje plusy. Jest schematyczna. Rozwija się etapami. Nie przemienia gwałtownie każdego. Można ją przetrwać.

Gatunkiem, którego nie dotknęła ewolucja, byli ludzie. Może było to spowodowane ich postawą w stosunku do bezsensownej wojny, ale prawdopodobnie dlatego, że nie podróżowali między wymiarami. Trzymali się z dala od Otchłani. Grupy poszukiwaczy, Korsyle, głównie składający się z ludzi - ochotników, nauczyli się posługiwać magią. Był to niewiarygodny postęp, niemalże nieosiągalny, ale przeważyła tu żądza przetrwania, ludzka wyobraźnia i praca. Niestety na nic zdała się ich umiejętność. Do tej pory nie znaleźli rozwiązania na ubywającą energię Eteru. Do pewnego momentu.

Do momentu w którym człowiek, zwany Molter, wpadł na pomysł podróży do Otchłani. Spotkał się oczywiście z wybuchem śmiechu wśród swojej grupy Korsylów. Jednakże po dłuższym zastanowieniu nie mieli innych perspektyw. Postanowili spróbować. Napotkali się na poważny problem. W jaki sposób mieliby wzlecieć na tyle wysoko, aby przedostać się przez portal? Nie było to dla nich nieosiągalne, ponieważ od razu wpadli na pomysł uczepienia się jednego z Empirejskich Władców lub Dev. Gra była ryzykowna, ale warta świeczki. Misja na skalę światową, ponadwymiarową. Miała zdecydować o losach wojny. Grupa Moltera składała się z dwóch braci zamieszkujących niegdyś wschodnią granicę Elysei. Przed wojną, jak większość ludzi stamtąd, zajmowali się rolnictwem. Tracąc rodziców postanowili opuścić dom, a w czasie przeprowadzki spotkali Moltera. Ten zaś podróżował z dwójką swoich przyjaciół, pochodzących z południowej części. Mieszkali tam gównie łowcy i rzemieślnicy. Wybrał się w podróż z przyjaciółmi, z nadzieją awansu na jednego z Dev i walki o dobrobyt na świecie. Piątka młodziaków zgodnie z planem spotkała się w samym środku wojny. Opustoszałej ziemi zniszczonej przez wewnętrzne walki, zamieszki, bijatyki sojuszniczych Dev oraz Empirejskich Władców. Żaden z wymienionych pogromców nie zwracał na nich uwagi. Bohaterowie bez słowa ruszyli przed siebie poszukując pierwszego lepszego Deva szykującego się do lotu. Udało się to tylko Molterowi i jego przyjaciołom z południa. Pozostali bracia, niewtajemniczeni dotychczas w jakiekolwiek akrobacje, nie zdołali dogonić szybkich i zwinnych Dev. Pozostali na ziemi odprowadzając wzrokiem swoich towarzyszy którzy z niesamowitą szybkością zbliżali się do portalu. Nikt do tej pory z ludzi nie przekraczał granicy, więc towarzysze nie wiedzieli jak to się skończy. Byli gotowi na najgorsze. Podczas przejścia poczuli nudności w żołądku. Wydawało im się, że ktoś przygniata im brzuch. Oprócz tego zrobiło im się bardzo zimno. Po skórze przeszły im ciarki, a palce na chwilę powykręcały się pod wpływem niskiej temperatury panującej w portalu. Po upływie sekundy, która mogła wydawać się wiecznością, znaleźli się w Otchłani. Puścili Dev upadając na ziemię i schowali się za najbliższą skałą. Słychać było jęki wszystkich walczących ras. Obok nich wylądowało ciało o ogromnych wymiarach. Od razu wiedzieli, że to Asmodian. Przerażeni natychmiast wstali i ujrzeli, że wokół nich znajduje się mnóstwo zwłok. Niektóre się rozkładały. Inne były posiekane na kawałki. Czuć było smród gnijących ciał. Otchłań wyglądała jak wielkie grobowisko. Nikt z agresorów nie przejmował się wcale tym co dzieje się pod nimi. Ich interesowała tylko śmierć. Po chwili w stronę Moltera poturlała się czyjaś głowa. Z jej pozostałości ciężko było wywnioskować do kogo należała, ale to się już nie liczyło. Przyjaciółka Moltera, Jolarta próbowała opanować wymioty. Bezskutecznie. Gontrus, jego przyjaciel, złapał Moltera za ramię i samym kiwnięciem głowy uświadomił mu, że należy jak najszybciej uciekać. Ruszyli pędem w stronę bezkresnej Otchłani, którą otaczała ciemna aura. Trudno było tutaj cokolwiek zobaczyć. Na ziemi była substancja koloru ceglastego przypominająca piasek. Przyjaciele wędrowali bez celu, ponieważ z powodu ciemności nie mieli żadnego punktu odniesienia. Zgubili się. Wokół nich znajdowały się liczne hordy przemykających błyskawicznie Elyosów i demonstrujących swoją potężną siłę Asmodianów. Po dłuższej, bezcelowej wędrówce udało im się powrócić do miejsca, gdzie znajdował się portal. Kiedy mieli już zrezygnować, Mortel zaczął się zastanawiać. Stojąc wokół niezliczonej ilości martwych ciał zadał sobie w duchu pytanie: „gdzie może znajdować się źródło Eteru?” Szybko odnalazł odpowiedź spuszczając wzrok. Gdzie może znajdować się źródło Eteru jak nie w istotach korzystających z tej mocy? Nagle usłyszeli wielki huk. Kolejny martwy Asmodian spadł z nieba zabierając po drodze napotkanego przypadkiem Balaura. Uderzając w ziemię przygniótł poszkodowanego, który po chwili wyzionął ducha. Molter bez zastanowienia ruszył w tym kierunku i chwytając za szpony trupa, próbował przesunąć Asmodiana. Towarzysze podbiegli, aby pomóc mu przeciągnąć ciało do portalu. Razem do niego wskoczyli trzymając pod sobą zwłoki Asmodiana. Przy spadaniu nabrali dużego rozpędu, ale dzięki swoim umiejętnościom magicznym, zdołali zredukować obrażenia towarzyszące im podczas upadku, do zera, wyczarowując wielką aurę ochronną. Nic nie poczuli. Zabrali ciało do laboratorium, gdzie wcześniej prowadzili badania na temat Eteru. Sprowadzano tam wszelkie minerały i surowce, które mogłyby w jakikolwiek sposób wpłynąć na odnowienie energii. Po drodze napotkali inną grupę Korsylów, którzy pomogli im przemieścić ciało. Tak jak się spodziewali, żaden z Dev czy Empirejskich Władców, nie zwracał na nich uwagi. Dostali się na salę operacyjną, udźwignęli wielkiego Asmodiana na stół i rozpoczęli sekcję zwłok. Z ustaleniem przyczyny zgonu nie było kłopotu, ponieważ trup miał wyraźnie rozcięty tułów od lewego ramienia do prawej strony biodra. Ku zdziwieniu obecnych, narządy Asmodiana niewiele różniły się od ludzkich. Poza, rzecz jasna, rozmiarami to wszystko było na miejscu. Serce, płuca, żołądek, wątroba, jelita, nerki. Ale w jaki sposób odżywiali się mocą? Jolarta rozcięła trupowi skórę na czole. Następnie ostrożnie wyłamała fragment czaszki przy użyciu magii. Wszyscy pochylili głowę, aby lepiej widzieć co znajduje się pod czaszką. Wcale nie zdziwiło ich, że był tam mózg. Tak samo jak to, że był pofałdowany, zniekształcony, bo przecież był martwy. Interesowały ich zielone iskry płynące wokół płatu potylicznego. Molter, nie tracąc czasu, zastosował zaklęcie, które potrafił każdy z obecnych, służące do zbierania minerałów. W ten sposób udało mu się zebrać to dziwne zielone „coś”. Po krótkim rozpoznaniu, każdy zorientował się, że to Eter. Energię natychmiast przetransportowano do depozytu, którym była niewielka, szklana kopuła. Nadzieja na odzyskanie eteru powróciła. Nazajutrz zwołano wszystkie grupy Korsylów i wyjaśniono dotychczasowy postęp w badaniach. Kolejnym celem była podróż w Otchłań i zbieranie zwłok poległych. Grupy próbowały się przedostać tym samym sposobem, co grupa Moltera, czyli chwytając się jednego z Dev. Cała operacja kosztowała życie wielu ludzi. Niektórzy spadali z nieba zanim dolecieli do portalu. Inni, którym udało się przedostać, nie byli w stanie znieść atmosfery i unoszącego się odoru w Otchłani. Jednakże udało się przetransportować kilka ciał. Niestety napotkano kolejny problem. Niektóre trupy wcale nie miały w sobie Eteru. Naukowcy zrozumieli, że tylko świeże ciała mają w sobie wystarczającą energię, której można ponownie użyć. Moltera dręczyły ciągle niespokojne myśli. Zdawał sobie sprawę z tego, że energię pozyskują poprzez utylizację poległych. W dodatku muszą być świeże ciała, więc niewiele energii zyskają przez cały czas trwania wojny. Nawet przez całe życie efekt będzie fatalny. Każdego dnia giną ludzie, próbujący zebrać trochę Eteru i liczba poległych ciągle wzrasta. Nie wszyscy są w stanie używać magii i nie mogą wydostać się z Otchłani. To misja samobójcza. Molter to doskonale rozumiał i postanowił porozmawiać z Dev. Wiedział, że jako człowiek zostanie najprawdopodobniej odtrącony. Jeśli nie zabity. Mimo to, nie mając nic do stracenia, podjął się próby. Wraz z przyjaciółmi podszedł do jednego Dev, ale tak jak się spodziewał, został zignorowany. Dev uniósł się w górę i wleciał do portalu. To nie zniechęciło bohaterów do dalszych poszukiwań. Molter próbował kolejny raz, i kolejny, aż w końcu natrafił na Deva, który miał w sobie resztki świadomości i wszystko mu opowiedział. Dev zagwarantował mu pomoc i wzbudził wielkie nadzieje na odzyskanie pokoju.

Pod wieczór z laboratorium dobiegł potężny huk. Molter ruszył w drogę, żeby sprawdzić co się stało. Laboratorium stało w płomieniach. Molter widział gromadkę Dev, którzy byli w trakcie pozyskiwania eteru. Po chwili odlecieli w stronę Otchłani nie pozostawiając żadnej energii w depozycie. Wielki wrzask, płacz, krzyk naukowców. Niektórzy skonali pod wpływem wybuchu, a niektórzy opłakiwali utraconą nadzieję. Wojny ciągle trwały, a Molter wcale nie rozpaczał. Pogodził się z myślą, że wszystkie istoty na świecie umrą w przeciągu kilku lat, a inny scenariusz nie wchodzi w grę. Zastanawiał się jedynie co by teraz zrobił gdyby panował pokój. W jaki sposób Atreia miałaby odzyskać swoją dawną świetność?

 

 

 

 

Życzę miłej lektury!

 

it's not who i am underneath

but what i do that defines me.

Zarchiwizowany

Ten temat przebywa obecnie w archiwum. Dodawanie nowych odpowiedzi zostało zablokowane.

×
×
  • Dodaj nową pozycję...